Walinsi
: 30 kwie 2012, 18:50
Prolog
Słońce wschodziło nad sawanną. Między drzewami spacerowały żyrafy i majestatyczne słonie. Zebry, antylopy i bawoły skubały zieloną trawę. Gepardzica leżała na niewielkim pagórku, wpatrując się w skałę, wokół której gromadziły się zwierzęta. Na skale stał brązowy lew o czarnej grzywie i zielonych niczym liście oczach, u boku którego stała władczyni łkająca cicho i patrząca na zgromadzone zwierzęta. Zza skały wyłoniło się stado hien, które, chichocząc, zbliżyły się do stada lwów stojących u podnóża skały. Skaza, takie bowiem od lat nosił imię czarnogrzywy lew, wygłosił mowę, w której podkreślił jak bardzo żałuje, że nie zdołał ocalić władcy i jego syna. Sarabi, stojąca u jego boku lwica, pochyliła głowę i zawyła, na co zwierzęta odpowiedziały równie żałosnym skowytem. Skaza ryknął, a zwierzęta umilkły wpatrując się we władcę. Lew uśmiechnął się, po czym powiadomił zwierzęta o przybiciu hien, na co połowa zwierząt uciekła, wiedząc, że stado hien, w dodatku licząc ponad sto osobników, zabije wszystko, co napotka na swej drodze. Sarabi zbiegła ze skały, a jej przyjaciółki przytuliły ją, chcąc dodać jej otuchy.
Słońce po raz kolejny wzeszło nad sawanną. Zira wyszła z jaskini, po czym ziewnęła i spojrzała na hieny, wgryzające się w zebrę, upolowaną przez lwice. Samica chwilę patrzyła się na lwice, patrzące ze smutkiem w zebrę i dwa czy trzy lwiątka płaczące cicho, po czym ryknęła, a hieny rozproszyły się. Zira podeszła do martwej zebry, powąchała ją, po czym rzuciła ją lwicom, które w kilka minut zjadły mięso, a hienom przypadł szkielet. Lwice spojrzały na samicę i wymamrotały ciche podziękowanie, po czym zerknęły na hieny, rozmawiające z władcą, który zawołał jasnobrązową samicę. Zira zeszła do jaskini i kilka minut rozmawiała z czarnogrzywym lwem, po czym wyszła z jaskini, uśmiechając się triumfalnie.
Słońce zachodziło nad sawanną. Ciemnobrązowa lwica o zielonych oczach wpatrywała się w nie, leżąc u podnóża skały, na której stało kilka lwic, rozmawiających o władaniu brata prawowitego króla, od którego śmierci minęło kilka dni. Ciemnobrązowa lwica westchnęła, wskoczyła na skałę i zmierzyła lwice spojrzeniem zielonych ślepi, na co samice zamilkły. Uru, bo tak było na imię lwicy, była najstarszą lwicą i matką czarnogrzywego lwa panującego lwią ziemią. Uru położyła się i zerknęła na małżonkę swojego zmarłego syna, łkającą cicho i leżącą obok swoich przyjaciółek. Ciemnobrązowa lwica podniosła się i weszła do jaskini, w której leżał jej syn w towarzystwie kilku hieni i córki władczyni złej ziemi. Uru skrzywiła się.
- Synu…
Lew spojrzał na nią, uśmiechnął się, po czym polizał czule lwicę po pysku i wrócił do poprzedniej pozycji. Uru spojrzała na syna i wyszła.
Słońce wschodziło nad sawanną. Między drzewami spacerowały żyrafy i majestatyczne słonie. Zebry, antylopy i bawoły skubały zieloną trawę. Gepardzica leżała na niewielkim pagórku, wpatrując się w skałę, wokół której gromadziły się zwierzęta. Na skale stał brązowy lew o czarnej grzywie i zielonych niczym liście oczach, u boku którego stała władczyni łkająca cicho i patrząca na zgromadzone zwierzęta. Zza skały wyłoniło się stado hien, które, chichocząc, zbliżyły się do stada lwów stojących u podnóża skały. Skaza, takie bowiem od lat nosił imię czarnogrzywy lew, wygłosił mowę, w której podkreślił jak bardzo żałuje, że nie zdołał ocalić władcy i jego syna. Sarabi, stojąca u jego boku lwica, pochyliła głowę i zawyła, na co zwierzęta odpowiedziały równie żałosnym skowytem. Skaza ryknął, a zwierzęta umilkły wpatrując się we władcę. Lew uśmiechnął się, po czym powiadomił zwierzęta o przybiciu hien, na co połowa zwierząt uciekła, wiedząc, że stado hien, w dodatku licząc ponad sto osobników, zabije wszystko, co napotka na swej drodze. Sarabi zbiegła ze skały, a jej przyjaciółki przytuliły ją, chcąc dodać jej otuchy.
Słońce po raz kolejny wzeszło nad sawanną. Zira wyszła z jaskini, po czym ziewnęła i spojrzała na hieny, wgryzające się w zebrę, upolowaną przez lwice. Samica chwilę patrzyła się na lwice, patrzące ze smutkiem w zebrę i dwa czy trzy lwiątka płaczące cicho, po czym ryknęła, a hieny rozproszyły się. Zira podeszła do martwej zebry, powąchała ją, po czym rzuciła ją lwicom, które w kilka minut zjadły mięso, a hienom przypadł szkielet. Lwice spojrzały na samicę i wymamrotały ciche podziękowanie, po czym zerknęły na hieny, rozmawiające z władcą, który zawołał jasnobrązową samicę. Zira zeszła do jaskini i kilka minut rozmawiała z czarnogrzywym lwem, po czym wyszła z jaskini, uśmiechając się triumfalnie.
Słońce zachodziło nad sawanną. Ciemnobrązowa lwica o zielonych oczach wpatrywała się w nie, leżąc u podnóża skały, na której stało kilka lwic, rozmawiających o władaniu brata prawowitego króla, od którego śmierci minęło kilka dni. Ciemnobrązowa lwica westchnęła, wskoczyła na skałę i zmierzyła lwice spojrzeniem zielonych ślepi, na co samice zamilkły. Uru, bo tak było na imię lwicy, była najstarszą lwicą i matką czarnogrzywego lwa panującego lwią ziemią. Uru położyła się i zerknęła na małżonkę swojego zmarłego syna, łkającą cicho i leżącą obok swoich przyjaciółek. Ciemnobrązowa lwica podniosła się i weszła do jaskini, w której leżał jej syn w towarzystwie kilku hieni i córki władczyni złej ziemi. Uru skrzywiła się.
- Synu…
Lew spojrzał na nią, uśmiechnął się, po czym polizał czule lwicę po pysku i wrócił do poprzedniej pozycji. Uru spojrzała na syna i wyszła.
) opowiadaniu.