Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
: 15 paź 2011, 13:44
Prolog
Srebrny sierp księżyca zawisł na granatowym niebie, opromieniając delikatnym światłem żyzne, zielone tereny Lwiej Ziemi. Jednak jego blask był jakiś...inny. Ponury. Gwiazdy też świeciły jakby mniej intensywnie. Zdawałoby się, że ciała niebieskie wspólnie ubolewały nad tragedią, która miała miejsce jeszcze kilka godzin temu.
Była to smutna noc w życiu Sarabi i stada Lwiej Ziemi, kto wie, czy nawet nie najsmutniejsza. Oto bowiem król Mufasa, znamienity władca tutejszych terenów, zginął w wąwozie, stratowany przez antylopy, gdy ratował swego jedynego syna, następcę lwiego tronu, Simbę. Wspinając się po stromej skale, nieszczęśliwie poślizgnął się i osunął w dół. Niestety, los nie był mu przyjazny. Monarchę, próbującego się podciągnąć do góry, opuściły nagle siły. Dodatkowo wykonał nieprecyzyjny ruch, który okazał się zabójczy w skutkach. Mufasa, nie zdążywszy się nawet pożegnać ze światem, spadł z głośnym rykiem w dół. Upadek z tej wysokości zaliczał się do śmiertelnych, a gdyby nawet stał się cud i brązowogrzywy przeżył, to byłoby pewne, iż byłby straszliwie poraniony, tak że pewnie padłby po kilku dniach z wyczerpania i stopniowemu wykrwawieniu się. Jednakowoż, pozostawała jeszcze kwestia antylop. Rogate zwierzęta nie zważały na ewentualną przeszkodę. Biegnące w szaleńczym biegu, tratowały wszystko, co napotkały na swej drodze, nie patrząc czy to suche kikuty drzew, czy istoty żywe. Dudniące o ziemię twarde kopyta, zwiastowały późniejszy iście makabryczny widok. Tak przynajmniej twierdził królewski brat, lew Skaza, który ponoć osobiście widział przebieg tego krwawego dramatu.
Na pytanie, co z Simbą, oszpecony przez bliznę na lewym oku krewniak Mufasy, zasępił się jeszcze bardziej. Widać było, iż szuka w myślach odpowiednich słów, aby odpowiedzieć na to pytanie. W końcu ozwał się, iż książę został stratowany przez rogatych roślinożerców, ale pośród zgiełku panującego na dole, a także już po nim, nie sposób było odnaleźć ciała lwiątka. Samiec snuł insynuacje, że mogło nabić się na rogi albo któreś z kopyt antylop, a te mogły je wynieść hen daleko przed siebie. Taki właśnie opis tego zdarzenia przedstawił brązowy lew z blizną na oku. Zabronił również lwicom schodzić na dno wąwozu, zwłaszcza tyczyło się to Sarabi. Tłumaczył, iż małżonka mogłaby nie znieść widoku brutalnie pokaleczonego ciała władcy.
Następnym krokiem poczynionym przez czarnogrzywego, było ogłoszenie się królem, aby królestwo nie rozsypało się w ruinę. Lwice nie miały innego wyjścia, jak zaakceptować jego decyzję. Może Skaza okaże się królem równie dobrym jak Mufasa? Pocieszały się w myślach. Nowo upieczony władca zarządził również nowe prawa. W tym celu wszedł na czubek potężnej, wznoszącej się dumnie Lwiej Skały, która od pokoleń służyła dawnym władcom za dom i za punkt informacyjny. Pierwszym postulatem okazało się przyjęcie do stada hien. Samiec z blizną tłumaczył to tak, iż lwicom w tym trudnym czasie przyda się wsparcie podczas polowań. Padlinożercy, według monarchy, stanowili też dobry oddział strażniczy, gdyby ktoś odważył się zaatakować królestwo, co dla Sarabi i reszty było kompletnym absurdem, gdyż od czasów Mohatu zdarzyła się tylko jedna większa wojna. Polityka Mufasy, tak jak jego wspaniałego dziada, opierała się na szczeblach pokojowych. Tragicznie zmarły król był światły i umiał załagodzić niemal każdy konflikt, a więc logiczne było, iż Lwia Ziemia za jego mądrych rządów nie miała zbyt wielu wrogów.
- Zarządza się - brzmiał dalej donośny głos władcy - Aby lwiątka płci męskiej, po przejściu w wiek nastoletni opuszczały stado, w przeciwnym razie zostaną zabite.
Okolicę przeszył radosny jazgot hien, natomiast lwice spojrzały po sobie zaniepokojone. Ich pierwotne, optymistyczne myśli o sposobie rządzenia Skazy runęły jak kostki domino.
- Poddani nie mają prawa wtrącać się w politykę władzy pod groźbą dotkliwych kar - dyktował dalej z góry brązowy.
Postulatów było jeszcze kilka, przykładowo monarcha zabronił używania imion, takich jak "Mufasa" czy "Simba", zwłaszcza w jego obecności. Twierdził, iż jest to spowodowane troską o stan psychiczny poddanych, jak i jego samego. Jego zdaniem, nie warto było spoglądać za siebie, tylko iść z wzrokiem utkwionym stale przed siebie, ku znakomitej przyszłości, jak mawiał.
Niedawna królowa nie mogła w to wszystko uwierzyć, stała z rozdziawionymi z niedowierzania ustami. Po zakończeniu przemówienia Skazy, postanowiła raz jeszcze zapytać o to wszystko Zazu, który był podobno świadkiem zdarzenia, jednak dzioborożec zasłaniał się zanikiem pamięci.
- O, Sarabi... Nadchodzą bardzo złe czasy - powiedziała smutno Sarafina, spoglądając ku sylwetce Skazy, znikającej w odmętach ciemności u wejścia do wnętrza Lwiej Skały, hieny posłusznie ułożyły się na zewnątrz jaskini, błyszcząc raz po raz ostrymi kłami w stronę załamanych lwic.
- Nie traćmy nadziei, moje drogie - rzekła do swoich poddanych lwica o ciemnej sierści - Nawet na czarnym, pochmurnym niebie musi kiedyś zabłysnąć jasna gwiazda, zwiastująca lepsze czasy - powiedziała, chcąc dodać swoim towarzyszkom otuchy.
Powiedziała to tak przekonująco i z taką pewnością, że na mordkach zgromadzonych wokół niej samic pojawiły się słabe uśmiechy. Oczy lwic pełne nadziei zwróciły się ku intensywnie granatowemu niebu, jakby oczekując stamtąd jakiegoś znaku. Znaku lepszego jutra.
W międzyczasie, wśród niezliczonej rzeszy gwiazd, pojawiła się jeszcze jedna, świecąca niespotykanie jasnym blaskiem. Zdało się, że tylko Sarabi ją dojrzała. Posłała ku niej tęskne spojrzenie opuchniętych już nieco od smutku oczu. W duszy królowej pojawiła się prośba.
- Och, Mufaso... Nie daj nam zginąć. Ciało niebieskie, jakby usłyszawszy niemy przekaz, zamigotało gwałtownie parę razy. Brązowooka uznała to za pozytywną odpowiedź. Jej serce, choć nadal krwawiło, nieco uspokoiło się. Wokół jej osoby zatańczył nagle ciepły powiew wiatru, który oplótł ją w pocieszającym uścisku, po czym rozproszył się w różne strony, smagając delikatnie sylwetki pozostałych członków dumy. Jednak tylko partnerka byłego króla wiedziała, iż jest to niezwykła forma otuchy, ofiarowana przez jej ukochanego. Tej nocy Sarabi długo patrzyła w niebo, spoglądając w gwiezdne postaci Wielkich Królów z przeszłości, a dokładniej w kierunku osoby jednego z nich. Nie wiedziała, że na przyjście zbawiennej gwiazdy, która wybawi ją i jej stado z łap tyrana, będzie musiała jeszcze trochę poczekać.
Tymczasem Skaza, rozwalony na całej długości wzniesienia, które zajmowali do spania królowie i ich partnerki, już nie mógł doczekać się poranka. Z ekscytacji nie mógł zasnąć. W końcu spełniły się jego marzenia. Co z tego, że za cenę zabicia znienawidzonego brata i jego syna? Raz dał ostrzeżenie Mufasie, aby ten go nie lekceważył. Nie posłuchał i za to zapłacił. Bynajmniej, nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. Był typem, który spełniał własne marzenia za wszelką cenę, inni zwykli nadawać takim osobom miano okrutnika, ale brązowemu odpowiadał taki tytuł. Budził respekt. Lew przymknął powoli swoje zielone ślepia i z podłym uśmiechem zaczął powoli zasypiać. Będzie tu królował przez długi czas i nikt mu tej władzy nie odbierze. Najważniejsze, aby nikt nie dowiedział się nigdy o jego tajemnicy, ale o to Skaza był już spokojny. Mufasa i Simba zginęli, Zazu po bliskim spotkaniu ze skałą, nic nie pamiętał. Kto inny mógłby donieść o jego niewinnym przewinieniu? Antylopy? Dobre sobie. Z tą optymistyczną dla niego myślą zapadł w sen, nie wiedząc, jak bardzo niepoprawny jest tok jego rozumowania. Nie przypuszczał, że za swoje tamtejsze, jak i przyszłe błędy będzie musiał krwawo zapłacić.
Srebrny sierp księżyca zawisł na granatowym niebie, opromieniając delikatnym światłem żyzne, zielone tereny Lwiej Ziemi. Jednak jego blask był jakiś...inny. Ponury. Gwiazdy też świeciły jakby mniej intensywnie. Zdawałoby się, że ciała niebieskie wspólnie ubolewały nad tragedią, która miała miejsce jeszcze kilka godzin temu.
Była to smutna noc w życiu Sarabi i stada Lwiej Ziemi, kto wie, czy nawet nie najsmutniejsza. Oto bowiem król Mufasa, znamienity władca tutejszych terenów, zginął w wąwozie, stratowany przez antylopy, gdy ratował swego jedynego syna, następcę lwiego tronu, Simbę. Wspinając się po stromej skale, nieszczęśliwie poślizgnął się i osunął w dół. Niestety, los nie był mu przyjazny. Monarchę, próbującego się podciągnąć do góry, opuściły nagle siły. Dodatkowo wykonał nieprecyzyjny ruch, który okazał się zabójczy w skutkach. Mufasa, nie zdążywszy się nawet pożegnać ze światem, spadł z głośnym rykiem w dół. Upadek z tej wysokości zaliczał się do śmiertelnych, a gdyby nawet stał się cud i brązowogrzywy przeżył, to byłoby pewne, iż byłby straszliwie poraniony, tak że pewnie padłby po kilku dniach z wyczerpania i stopniowemu wykrwawieniu się. Jednakowoż, pozostawała jeszcze kwestia antylop. Rogate zwierzęta nie zważały na ewentualną przeszkodę. Biegnące w szaleńczym biegu, tratowały wszystko, co napotkały na swej drodze, nie patrząc czy to suche kikuty drzew, czy istoty żywe. Dudniące o ziemię twarde kopyta, zwiastowały późniejszy iście makabryczny widok. Tak przynajmniej twierdził królewski brat, lew Skaza, który ponoć osobiście widział przebieg tego krwawego dramatu.
Na pytanie, co z Simbą, oszpecony przez bliznę na lewym oku krewniak Mufasy, zasępił się jeszcze bardziej. Widać było, iż szuka w myślach odpowiednich słów, aby odpowiedzieć na to pytanie. W końcu ozwał się, iż książę został stratowany przez rogatych roślinożerców, ale pośród zgiełku panującego na dole, a także już po nim, nie sposób było odnaleźć ciała lwiątka. Samiec snuł insynuacje, że mogło nabić się na rogi albo któreś z kopyt antylop, a te mogły je wynieść hen daleko przed siebie. Taki właśnie opis tego zdarzenia przedstawił brązowy lew z blizną na oku. Zabronił również lwicom schodzić na dno wąwozu, zwłaszcza tyczyło się to Sarabi. Tłumaczył, iż małżonka mogłaby nie znieść widoku brutalnie pokaleczonego ciała władcy.
Następnym krokiem poczynionym przez czarnogrzywego, było ogłoszenie się królem, aby królestwo nie rozsypało się w ruinę. Lwice nie miały innego wyjścia, jak zaakceptować jego decyzję. Może Skaza okaże się królem równie dobrym jak Mufasa? Pocieszały się w myślach. Nowo upieczony władca zarządził również nowe prawa. W tym celu wszedł na czubek potężnej, wznoszącej się dumnie Lwiej Skały, która od pokoleń służyła dawnym władcom za dom i za punkt informacyjny. Pierwszym postulatem okazało się przyjęcie do stada hien. Samiec z blizną tłumaczył to tak, iż lwicom w tym trudnym czasie przyda się wsparcie podczas polowań. Padlinożercy, według monarchy, stanowili też dobry oddział strażniczy, gdyby ktoś odważył się zaatakować królestwo, co dla Sarabi i reszty było kompletnym absurdem, gdyż od czasów Mohatu zdarzyła się tylko jedna większa wojna. Polityka Mufasy, tak jak jego wspaniałego dziada, opierała się na szczeblach pokojowych. Tragicznie zmarły król był światły i umiał załagodzić niemal każdy konflikt, a więc logiczne było, iż Lwia Ziemia za jego mądrych rządów nie miała zbyt wielu wrogów.
- Zarządza się - brzmiał dalej donośny głos władcy - Aby lwiątka płci męskiej, po przejściu w wiek nastoletni opuszczały stado, w przeciwnym razie zostaną zabite.
Okolicę przeszył radosny jazgot hien, natomiast lwice spojrzały po sobie zaniepokojone. Ich pierwotne, optymistyczne myśli o sposobie rządzenia Skazy runęły jak kostki domino.
- Poddani nie mają prawa wtrącać się w politykę władzy pod groźbą dotkliwych kar - dyktował dalej z góry brązowy.
Postulatów było jeszcze kilka, przykładowo monarcha zabronił używania imion, takich jak "Mufasa" czy "Simba", zwłaszcza w jego obecności. Twierdził, iż jest to spowodowane troską o stan psychiczny poddanych, jak i jego samego. Jego zdaniem, nie warto było spoglądać za siebie, tylko iść z wzrokiem utkwionym stale przed siebie, ku znakomitej przyszłości, jak mawiał.
Niedawna królowa nie mogła w to wszystko uwierzyć, stała z rozdziawionymi z niedowierzania ustami. Po zakończeniu przemówienia Skazy, postanowiła raz jeszcze zapytać o to wszystko Zazu, który był podobno świadkiem zdarzenia, jednak dzioborożec zasłaniał się zanikiem pamięci.
- O, Sarabi... Nadchodzą bardzo złe czasy - powiedziała smutno Sarafina, spoglądając ku sylwetce Skazy, znikającej w odmętach ciemności u wejścia do wnętrza Lwiej Skały, hieny posłusznie ułożyły się na zewnątrz jaskini, błyszcząc raz po raz ostrymi kłami w stronę załamanych lwic.
- Nie traćmy nadziei, moje drogie - rzekła do swoich poddanych lwica o ciemnej sierści - Nawet na czarnym, pochmurnym niebie musi kiedyś zabłysnąć jasna gwiazda, zwiastująca lepsze czasy - powiedziała, chcąc dodać swoim towarzyszkom otuchy.
Powiedziała to tak przekonująco i z taką pewnością, że na mordkach zgromadzonych wokół niej samic pojawiły się słabe uśmiechy. Oczy lwic pełne nadziei zwróciły się ku intensywnie granatowemu niebu, jakby oczekując stamtąd jakiegoś znaku. Znaku lepszego jutra.
W międzyczasie, wśród niezliczonej rzeszy gwiazd, pojawiła się jeszcze jedna, świecąca niespotykanie jasnym blaskiem. Zdało się, że tylko Sarabi ją dojrzała. Posłała ku niej tęskne spojrzenie opuchniętych już nieco od smutku oczu. W duszy królowej pojawiła się prośba.
- Och, Mufaso... Nie daj nam zginąć. Ciało niebieskie, jakby usłyszawszy niemy przekaz, zamigotało gwałtownie parę razy. Brązowooka uznała to za pozytywną odpowiedź. Jej serce, choć nadal krwawiło, nieco uspokoiło się. Wokół jej osoby zatańczył nagle ciepły powiew wiatru, który oplótł ją w pocieszającym uścisku, po czym rozproszył się w różne strony, smagając delikatnie sylwetki pozostałych członków dumy. Jednak tylko partnerka byłego króla wiedziała, iż jest to niezwykła forma otuchy, ofiarowana przez jej ukochanego. Tej nocy Sarabi długo patrzyła w niebo, spoglądając w gwiezdne postaci Wielkich Królów z przeszłości, a dokładniej w kierunku osoby jednego z nich. Nie wiedziała, że na przyjście zbawiennej gwiazdy, która wybawi ją i jej stado z łap tyrana, będzie musiała jeszcze trochę poczekać.
Tymczasem Skaza, rozwalony na całej długości wzniesienia, które zajmowali do spania królowie i ich partnerki, już nie mógł doczekać się poranka. Z ekscytacji nie mógł zasnąć. W końcu spełniły się jego marzenia. Co z tego, że za cenę zabicia znienawidzonego brata i jego syna? Raz dał ostrzeżenie Mufasie, aby ten go nie lekceważył. Nie posłuchał i za to zapłacił. Bynajmniej, nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. Był typem, który spełniał własne marzenia za wszelką cenę, inni zwykli nadawać takim osobom miano okrutnika, ale brązowemu odpowiadał taki tytuł. Budził respekt. Lew przymknął powoli swoje zielone ślepia i z podłym uśmiechem zaczął powoli zasypiać. Będzie tu królował przez długi czas i nikt mu tej władzy nie odbierze. Najważniejsze, aby nikt nie dowiedział się nigdy o jego tajemnicy, ale o to Skaza był już spokojny. Mufasa i Simba zginęli, Zazu po bliskim spotkaniu ze skałą, nic nie pamiętał. Kto inny mógłby donieść o jego niewinnym przewinieniu? Antylopy? Dobre sobie. Z tą optymistyczną dla niego myślą zapadł w sen, nie wiedząc, jak bardzo niepoprawny jest tok jego rozumowania. Nie przypuszczał, że za swoje tamtejsze, jak i przyszłe błędy będzie musiał krwawo zapłacić.


Ileż masz w głowie niecnych pomysłów. xD
twoje opowiadanie jest przewyborne Shav :3
Jednakowoż radość niezmierna napełniła me mroczne serce, widząc Twą pochlebną, zawstydzającą mnie dogłębnie opinię :"D.