Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Zasady ogólne:
1. Staramy się pisać poprawnie i konstruować zrozumiałe dla innych zdania.
2. Minimalna ilość treści, którą ma zawierać post to sześć zdań złożonych.
3. Opowiadania będzie dotyczyło dalszych losów Kiary i Kovu, a także innych bohaterów znanych z "Króla Lwa" i jego kontynuacji (ale nie tylko ich), tak więc nie mają prawa bytu tu jakieś medaliony, moce specjalne i tym podobne głupotki.
4. Wypowiedzi postaci zaczynamy od myślnika.
5. Ci, którzy zadeklarowali się do wspólnego pisania, proszeni są, w miarę możliwości, o dość częste zamieszczanie postów, żeby nam to wszystko w miejscu nie stanęło, aczkolwiek piszcie wtedy, kiedy macie czas.
Jeśli mi się coś przypomni, to dopiszę.
Gotowi? No to zaczynamy.
Ciemność.
Zarzucony przez noc ciemny płaszcz opatulił szczelnie i dokładnie afrykańskie niebo, niczym troskliwa matka przykrywająca szczelnie kołderką swoje senne maleństwo, ażeby chłód nie zmącił jego kruchego snu.
Noc na Lwiej Ziemi była zjawiskiem iście widowiskowym. Na granatowym, niemalże czarnym tle, roiło się od jasnych, świecących pokrzepiającym światłem punkcików, które w zależności od wielu czynników, dzieliły się na mniejsze i większe, świecące jaśniej i słabiej. Gwiazdy, Wielcy Królowie, zwykli nazywać je żyjący. Czy twierdzący tak mieli słuszność? Ponoć kilka osób mieszkający na tych terenach miało kiedyś okazję doświadczyć przedziwnego zjawiska, jakim była rozmowa z jednym z dawnych władców z przeszłości, a przynajmniej tak uważali. Co prawda, mogło się im to przyśnić, mogli również i skłamać, ale nikt nigdy nie odważył się spojrzeć im w oczy i podważyć ich opinii.
Lwia Skała lśniła w srebrnym blasku majestatycznie górującego w najwyższej partii nieba księżyca. Wszędzie panowała niczym niezmącona cisza. Zdawałoby się, że wszyscy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, posnęli snem twardym i tak mocnym, że nawet stado pędzących w dzikim szale prehistorycznych gadów, które kiedyś zamieszkiwały te obszary, nie zdołałaby ich wybudzić, ale nie... Jedna istota wcale nie spała. Siedziała teraz na samiuteńkim wierzchołku rezydencji królewskiej i spoglądała z dziękczynnym, pogodnym wzrokiem w niebo. Tą istotą okazał się potężnie zbudowany, ciemno-złocistej barwy lew o majestatycznej brązowej grzywie i oczach w kolorze kasztanu. Obecny król. Simba. Przychodził na to miejsce niemal każdej nocy, pomimo żartobliwych ostrzeżeń swojej małżonki, Nali, iż kiedyś powinie mu się łapa i zleci szybciej, aniżeli Pumba skaczący do jeziorka. Władca na to patrzył nań dobrotliwie i komentował to w różnoraki sposób, zabawny bądź poważny. Teraz uśmiechał się lekko, wyraźnie z czegoś zadowolony. Jego wargi poruszały się przy tym niemal bezgłośnie, jakby bał się, że jego słowa wybudzą kogoś ze snu. Ale do kogo mówił? Przecież w okolicy nie było nawet żywego ducha, nawet świerszcze i żaby już dawno zamilkły, dając wyraźny kres swoich występów. Czyżby monarcha zwariował? Niezupełnie.
- Ojcze, tak się cieszę, że to wszystko znalazło tak szczęśliwy finał - dało się słyszeć jego łagodny szept. Niespełna kilka dni temu odbyła się uroczystość, mająca na celu przedstawienie przyszłych następców Simby.
- Nasze stado znacznie się powiększyło, nikt nam już nie zagraża i mamy nową parę królewską - tu jego uśmiech znacznie się poszerzył. - Sądzę, że Kiara i Kovu doskonale spełnią się w roli władców. A kto wie, czy przypadkiem za niedługo nie zostanę dziadkiem?
Simba był tak zapatrzony we własne wizje wychowywania wnuków, że zupełnie zapomniał o otaczającej go rzeczywistości, która potrafiła nieraz w dość bolesny sposób o sobie przypomnieć. Ze świata marzeń wyprowadził go dopiero chłodny, nieprzyjemnie brzmiący głos, na którego wydźwięk, mimowolnie zadrżał.
- Raczej nie będzie ci to dane, jaśnie panie - ozwał się niskim dźwiękiem ktoś stojący kilka metrów za nim.
Brązowo-grzywy, jak na sygnał poderwał się do pozycji stojącej i błyskawicznie odwrócił w stronę domniemanego przeciwnika. Ujrzał postać dość dobrze zbudowanego lwa, nieco od niego młodszego, o srebrzystej sierści, która w świetle dnia miała zapewne jasnobrązowe ubarwienie. Kształtny łeb pokrywała ciemnoszara grzywa, której kilka kosmyków opadało nieznośnie na kipiące złością i wzgardą lico oraz jadowicie zielone oczy samca. Ciągnęła się ona długimi pasmami na dół, nie dotykała wprawdzie ziemi, ale już niedużo jej brakowało. Wyrosła nawet na mlecznokawowym, umięśnionym podbrzuszu. Zastał przeciwnika uśmiechającego się paskudnie, co nie świadczyło zbyt dobrze o jego intencjach.
- Kim jesteś?! - warknął potomek Mufasy, przybrawszy pozycję bojową.
- A już miało być tak pięknie- przeleciało mu przez myśl, kiedy wpatrywał się groźnie w zimne oczy przeciwnika. Coś mu w nich nie pasowało. Te ślepia i ten sztuczny uśmiech... Gdzieś już kiedyś je widział. Wtem dotarła do niego straszliwa prawda o pokrewieństwie tegoż osobnika.
- Skaza! - wykrzyknął oszołomiony, a w jego sercu na nowo rozbłysła rozpacz i żal po stracie ukochanego ojca. Przed oczyma miał Mufasę, spadającego z głośnym rykiem w sam środek pędzącego stada antylop. Ujrzał też nikczemne ślepia Skazy, wpatrujące się w niego, gdy wyjawiał mu bolesną prawdę, gdy wisiał bezradnie na koniuszku Lwiej Skały i zaczynał pomału żegnać się ze światem. Ze wspomnień brutalnie wyszarpał go gardłowy śmiech nikczemnika.
- Słyszę, iż już domyśliłeś się, kto był moim ojcem - rzekł tamten, obdarzając go oziębłym wzrokiem. - Jestem Amare Hostis.
- Czego chcesz? - zawarczał Simba, czując, jak zimny pot wstępuje mu na grzbiet. Myślał teraz o tym, jakim cudem dopiero teraz ujawnił się fakt o tym, że ma kuzyna.
- Na prawdę nie wiesz czy się tylko wydurniasz? - zapytał kpiąco samiec, błądząc beznamiętnym wzrokiem po pysku władcy. - Nic nie mów. Twoja tępa mina już mi wszystko wyjaśniła - dodał zaraz, po czym zaczerpnął nieco powietrza i kontynuował. - Całość jest banalna, więc i ja w prosty sposób ci ją przekażę. Chcę władzy.
Tego dla monarchy było już za wiele. Kolejny dziedzic Skazy ubiegający się o prawo do rządzenia, to już za dużo.
- Teraz to ty robisz ze mnie kretyna. Nie masz żadnego prawa do tronu - oznajmił z powagą Simba, szczerząc groźnie kły - Wynoś się stąd natychmiast albo...
- Albo co? - przerwał mu bezczelnie tamten i wysunąwszy pazury, zaczął sunąć powoli w jego kierunku.
- Obiecuję, że szybko skończysz, Simbo - uśmiech na pysku lwa przerodził się w złowróżbny grymas, kiedy przybliżał się kolejno krok po kroczku do swego krewniaka.
- Niedoczekanie twoje - odparł sucho król, obserwując bacznie wroga.
Tamten już nic nie odpowiedział. Nie miał czasu, albowiem już skoczył ku swemu kuzynowi, łącząc się z nim w iście morderczym tańcu śmierci. Lwy wzajemnie okładały się łapami, uzbrojonymi w ostre pazury, a każda sekunda ich walki dłużyła się niemiłosiernie. W końcu jasnobrązowy nagłym ciosem w pysk, przed którym Simba nie zdążył się uchylić, powalił przeciwnika na grzbiet i ponownie zaatakował. Król miał zamiar obezwładnić nieprzyjaciela chwytem, który nauczył się od Nali, jednakże ku gorzkiemu rozczarowaniu monarchy, lew wykonał skok ponad nim i opadł zwinnie tuż za nim. Władcy Lwiej Ziemi opadanie poszło mniej zgrabnie. Nie zdążywszy odpowiednio zareagować na ten niecny trick ze strony krewniaka, zrobił trochę komicznego fikołka, po czym koślawo stanąwszy na ziemi, stracił równowagę i runął plackiem na twardą skałę. Na odzew nie musiał długo czekać. Usłyszał chrapliwy śmiech. Spróbował się podnieść, ale jakaś siła popchnęła go na skraj urwiska. Teraz jego lewa strona nie miał pod sobą żadnego oparcia. Chciał przenieść swój ciężar ciała na prawo, acz wtem, poczuł, iż coś przytrzymuje go za łapę i brzuch. Nie musiał się domyślać, kim był owy osobnik.
- Pora to zakończyć, nie uważasz? - usłyszał w głowie tryumfujący głos Hostisa.
Rozpaczliwie próbował go odepchnąć, ale niestety nic z tej próby nie wyszło. Potężna łapa przycisnęła jego gardło. Simba zaczął się dusić. W tej samej chwili usłyszał słodki, choć wyrażający przerażenie głos, głos należący do kogoś znajomego.
- Ojcze! - krzyknęła z dołu spiżowa lwica. Stała oniemiała, a w jej oczach można było wyczytać strach, strach o ukochaną osobę - Kovu, szybko!
Chwilę potem, władca poczuł, iż spada w dół. Automatycznie skierował jedną z łap w bok. Ku jego uldze natrafiła ona na skałę. Haczykowate pazury wbiły się i ryły uparcie twardy materiał. Simba modlił się o to, by móc zdołać zaczepić się o skalną powierzchnię, ale mimo tego, wciąż leciał w dół. Co prawda, nieco wolniej niż początkowo, ale to wcale nie poprawiło mu humoru. Usłyszał przeraźliwy krzyk Kiary, a potem poczuł już tylko ból w plecach. Przed oczyma zagrała mu ciemność. Stracił przytomność.
Tymczasem Amare Hostis zdążył zbiec z miejsca wypadku. Biegł teraz chyżo przez sawannę, mając nadzieję, iż zgubił lwice, które w międzyczasie dojrzały go i na rozkaz młodego króla zaczęły go gonić. Nie mógł być pewny tego, czy zdołał uśmiercić starego monarchę. W duchu liczył na to, iż jego rywal zginął na miejscu. Ach, gdyby tylko nie ta lwica. Na jej wspomnienie automatycznie się skrzywił. W sercu poczuł radość, iż ta samica zapłaci już niedługo za jego niepewność. Wszyscy zapłacą.
//Mam nadzieję, że nie narobiłam zbyt wielu błędów.//
1. Staramy się pisać poprawnie i konstruować zrozumiałe dla innych zdania.
2. Minimalna ilość treści, którą ma zawierać post to sześć zdań złożonych.
3. Opowiadania będzie dotyczyło dalszych losów Kiary i Kovu, a także innych bohaterów znanych z "Króla Lwa" i jego kontynuacji (ale nie tylko ich), tak więc nie mają prawa bytu tu jakieś medaliony, moce specjalne i tym podobne głupotki.
4. Wypowiedzi postaci zaczynamy od myślnika.
5. Ci, którzy zadeklarowali się do wspólnego pisania, proszeni są, w miarę możliwości, o dość częste zamieszczanie postów, żeby nam to wszystko w miejscu nie stanęło, aczkolwiek piszcie wtedy, kiedy macie czas.
Jeśli mi się coś przypomni, to dopiszę.
Gotowi? No to zaczynamy.
Ciemność.
Zarzucony przez noc ciemny płaszcz opatulił szczelnie i dokładnie afrykańskie niebo, niczym troskliwa matka przykrywająca szczelnie kołderką swoje senne maleństwo, ażeby chłód nie zmącił jego kruchego snu.
Noc na Lwiej Ziemi była zjawiskiem iście widowiskowym. Na granatowym, niemalże czarnym tle, roiło się od jasnych, świecących pokrzepiającym światłem punkcików, które w zależności od wielu czynników, dzieliły się na mniejsze i większe, świecące jaśniej i słabiej. Gwiazdy, Wielcy Królowie, zwykli nazywać je żyjący. Czy twierdzący tak mieli słuszność? Ponoć kilka osób mieszkający na tych terenach miało kiedyś okazję doświadczyć przedziwnego zjawiska, jakim była rozmowa z jednym z dawnych władców z przeszłości, a przynajmniej tak uważali. Co prawda, mogło się im to przyśnić, mogli również i skłamać, ale nikt nigdy nie odważył się spojrzeć im w oczy i podważyć ich opinii.
Lwia Skała lśniła w srebrnym blasku majestatycznie górującego w najwyższej partii nieba księżyca. Wszędzie panowała niczym niezmącona cisza. Zdawałoby się, że wszyscy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, posnęli snem twardym i tak mocnym, że nawet stado pędzących w dzikim szale prehistorycznych gadów, które kiedyś zamieszkiwały te obszary, nie zdołałaby ich wybudzić, ale nie... Jedna istota wcale nie spała. Siedziała teraz na samiuteńkim wierzchołku rezydencji królewskiej i spoglądała z dziękczynnym, pogodnym wzrokiem w niebo. Tą istotą okazał się potężnie zbudowany, ciemno-złocistej barwy lew o majestatycznej brązowej grzywie i oczach w kolorze kasztanu. Obecny król. Simba. Przychodził na to miejsce niemal każdej nocy, pomimo żartobliwych ostrzeżeń swojej małżonki, Nali, iż kiedyś powinie mu się łapa i zleci szybciej, aniżeli Pumba skaczący do jeziorka. Władca na to patrzył nań dobrotliwie i komentował to w różnoraki sposób, zabawny bądź poważny. Teraz uśmiechał się lekko, wyraźnie z czegoś zadowolony. Jego wargi poruszały się przy tym niemal bezgłośnie, jakby bał się, że jego słowa wybudzą kogoś ze snu. Ale do kogo mówił? Przecież w okolicy nie było nawet żywego ducha, nawet świerszcze i żaby już dawno zamilkły, dając wyraźny kres swoich występów. Czyżby monarcha zwariował? Niezupełnie.
- Ojcze, tak się cieszę, że to wszystko znalazło tak szczęśliwy finał - dało się słyszeć jego łagodny szept. Niespełna kilka dni temu odbyła się uroczystość, mająca na celu przedstawienie przyszłych następców Simby.
- Nasze stado znacznie się powiększyło, nikt nam już nie zagraża i mamy nową parę królewską - tu jego uśmiech znacznie się poszerzył. - Sądzę, że Kiara i Kovu doskonale spełnią się w roli władców. A kto wie, czy przypadkiem za niedługo nie zostanę dziadkiem?
Simba był tak zapatrzony we własne wizje wychowywania wnuków, że zupełnie zapomniał o otaczającej go rzeczywistości, która potrafiła nieraz w dość bolesny sposób o sobie przypomnieć. Ze świata marzeń wyprowadził go dopiero chłodny, nieprzyjemnie brzmiący głos, na którego wydźwięk, mimowolnie zadrżał.
- Raczej nie będzie ci to dane, jaśnie panie - ozwał się niskim dźwiękiem ktoś stojący kilka metrów za nim.
Brązowo-grzywy, jak na sygnał poderwał się do pozycji stojącej i błyskawicznie odwrócił w stronę domniemanego przeciwnika. Ujrzał postać dość dobrze zbudowanego lwa, nieco od niego młodszego, o srebrzystej sierści, która w świetle dnia miała zapewne jasnobrązowe ubarwienie. Kształtny łeb pokrywała ciemnoszara grzywa, której kilka kosmyków opadało nieznośnie na kipiące złością i wzgardą lico oraz jadowicie zielone oczy samca. Ciągnęła się ona długimi pasmami na dół, nie dotykała wprawdzie ziemi, ale już niedużo jej brakowało. Wyrosła nawet na mlecznokawowym, umięśnionym podbrzuszu. Zastał przeciwnika uśmiechającego się paskudnie, co nie świadczyło zbyt dobrze o jego intencjach.
- Kim jesteś?! - warknął potomek Mufasy, przybrawszy pozycję bojową.
- A już miało być tak pięknie- przeleciało mu przez myśl, kiedy wpatrywał się groźnie w zimne oczy przeciwnika. Coś mu w nich nie pasowało. Te ślepia i ten sztuczny uśmiech... Gdzieś już kiedyś je widział. Wtem dotarła do niego straszliwa prawda o pokrewieństwie tegoż osobnika.
- Skaza! - wykrzyknął oszołomiony, a w jego sercu na nowo rozbłysła rozpacz i żal po stracie ukochanego ojca. Przed oczyma miał Mufasę, spadającego z głośnym rykiem w sam środek pędzącego stada antylop. Ujrzał też nikczemne ślepia Skazy, wpatrujące się w niego, gdy wyjawiał mu bolesną prawdę, gdy wisiał bezradnie na koniuszku Lwiej Skały i zaczynał pomału żegnać się ze światem. Ze wspomnień brutalnie wyszarpał go gardłowy śmiech nikczemnika.
- Słyszę, iż już domyśliłeś się, kto był moim ojcem - rzekł tamten, obdarzając go oziębłym wzrokiem. - Jestem Amare Hostis.
- Czego chcesz? - zawarczał Simba, czując, jak zimny pot wstępuje mu na grzbiet. Myślał teraz o tym, jakim cudem dopiero teraz ujawnił się fakt o tym, że ma kuzyna.
- Na prawdę nie wiesz czy się tylko wydurniasz? - zapytał kpiąco samiec, błądząc beznamiętnym wzrokiem po pysku władcy. - Nic nie mów. Twoja tępa mina już mi wszystko wyjaśniła - dodał zaraz, po czym zaczerpnął nieco powietrza i kontynuował. - Całość jest banalna, więc i ja w prosty sposób ci ją przekażę. Chcę władzy.
Tego dla monarchy było już za wiele. Kolejny dziedzic Skazy ubiegający się o prawo do rządzenia, to już za dużo.
- Teraz to ty robisz ze mnie kretyna. Nie masz żadnego prawa do tronu - oznajmił z powagą Simba, szczerząc groźnie kły - Wynoś się stąd natychmiast albo...
- Albo co? - przerwał mu bezczelnie tamten i wysunąwszy pazury, zaczął sunąć powoli w jego kierunku.
- Obiecuję, że szybko skończysz, Simbo - uśmiech na pysku lwa przerodził się w złowróżbny grymas, kiedy przybliżał się kolejno krok po kroczku do swego krewniaka.
- Niedoczekanie twoje - odparł sucho król, obserwując bacznie wroga.
Tamten już nic nie odpowiedział. Nie miał czasu, albowiem już skoczył ku swemu kuzynowi, łącząc się z nim w iście morderczym tańcu śmierci. Lwy wzajemnie okładały się łapami, uzbrojonymi w ostre pazury, a każda sekunda ich walki dłużyła się niemiłosiernie. W końcu jasnobrązowy nagłym ciosem w pysk, przed którym Simba nie zdążył się uchylić, powalił przeciwnika na grzbiet i ponownie zaatakował. Król miał zamiar obezwładnić nieprzyjaciela chwytem, który nauczył się od Nali, jednakże ku gorzkiemu rozczarowaniu monarchy, lew wykonał skok ponad nim i opadł zwinnie tuż za nim. Władcy Lwiej Ziemi opadanie poszło mniej zgrabnie. Nie zdążywszy odpowiednio zareagować na ten niecny trick ze strony krewniaka, zrobił trochę komicznego fikołka, po czym koślawo stanąwszy na ziemi, stracił równowagę i runął plackiem na twardą skałę. Na odzew nie musiał długo czekać. Usłyszał chrapliwy śmiech. Spróbował się podnieść, ale jakaś siła popchnęła go na skraj urwiska. Teraz jego lewa strona nie miał pod sobą żadnego oparcia. Chciał przenieść swój ciężar ciała na prawo, acz wtem, poczuł, iż coś przytrzymuje go za łapę i brzuch. Nie musiał się domyślać, kim był owy osobnik.
- Pora to zakończyć, nie uważasz? - usłyszał w głowie tryumfujący głos Hostisa.
Rozpaczliwie próbował go odepchnąć, ale niestety nic z tej próby nie wyszło. Potężna łapa przycisnęła jego gardło. Simba zaczął się dusić. W tej samej chwili usłyszał słodki, choć wyrażający przerażenie głos, głos należący do kogoś znajomego.
- Ojcze! - krzyknęła z dołu spiżowa lwica. Stała oniemiała, a w jej oczach można było wyczytać strach, strach o ukochaną osobę - Kovu, szybko!
Chwilę potem, władca poczuł, iż spada w dół. Automatycznie skierował jedną z łap w bok. Ku jego uldze natrafiła ona na skałę. Haczykowate pazury wbiły się i ryły uparcie twardy materiał. Simba modlił się o to, by móc zdołać zaczepić się o skalną powierzchnię, ale mimo tego, wciąż leciał w dół. Co prawda, nieco wolniej niż początkowo, ale to wcale nie poprawiło mu humoru. Usłyszał przeraźliwy krzyk Kiary, a potem poczuł już tylko ból w plecach. Przed oczyma zagrała mu ciemność. Stracił przytomność.
Tymczasem Amare Hostis zdążył zbiec z miejsca wypadku. Biegł teraz chyżo przez sawannę, mając nadzieję, iż zgubił lwice, które w międzyczasie dojrzały go i na rozkaz młodego króla zaczęły go gonić. Nie mógł być pewny tego, czy zdołał uśmiercić starego monarchę. W duchu liczył na to, iż jego rywal zginął na miejscu. Ach, gdyby tylko nie ta lwica. Na jej wspomnienie automatycznie się skrzywił. W sercu poczuł radość, iż ta samica zapłaci już niedługo za jego niepewność. Wszyscy zapłacą.
//Mam nadzieję, że nie narobiłam zbyt wielu błędów.//
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
//Uhuuhuhuhu, ale fajne
//
Słońce powoli wstawało, rzucając złote refleksy ku sawannie. Smukła sylwetka należąca do następczyni tonu Kiary wyłoniła się z przyciemnionej jaskini. Gdy jej bordowym ślepiom ukazał się widok - jak zawsze - morza trawy w dole Lwiej Skały nie mogła uwierzyć, że wydarzenia tamtej nocy działy się naprawdę. Pamiętała dobrze moment, kiedy jej ojciec zawisł, niczym krucha marionetka, nad przepaścią i owego tajemniczego gościa. Amare Hostis, tak brzmiało jego imię. W pewnej chwili ich oczy się spotkały. Nigdy tego nie zapomni. Dwoje zimnych lśniących ślepi, przepełnionych nienawiścią do całej ich rodziny. Tak intensywnie zielone... Potrząsnęła łbem, dygotała lekko. Zaraz po ucieczce nieprzyjaciela zwołano naradę. Z każdym słowem Simby, coraz większe niedowierzanie krążyło w jaskini. Skąd tu potomek Skazy? Kiedy się narodził? Kto jest jego matką? Jak to możliwe, że zjawił się tak nagle?
Na pewno teraz wszyscy są zmęczeni i osłabieni po całonocnej dyskusji. Kovu na koniec wręcz padł i od razu zapadł w sen. Na myśl o nim uśmiechnęła się czule. Czarne chwile odpłynęły, dając miejsce ciepłym ciemno-zielonym oczom i zawadiackiemu uśmieszkowi. Przyjemny wietrzyk zatańczył wokół Kiary. Już niedługo przedłuży ona Krąg Życia.
//Słońce powoli wstawało, rzucając złote refleksy ku sawannie. Smukła sylwetka należąca do następczyni tonu Kiary wyłoniła się z przyciemnionej jaskini. Gdy jej bordowym ślepiom ukazał się widok - jak zawsze - morza trawy w dole Lwiej Skały nie mogła uwierzyć, że wydarzenia tamtej nocy działy się naprawdę. Pamiętała dobrze moment, kiedy jej ojciec zawisł, niczym krucha marionetka, nad przepaścią i owego tajemniczego gościa. Amare Hostis, tak brzmiało jego imię. W pewnej chwili ich oczy się spotkały. Nigdy tego nie zapomni. Dwoje zimnych lśniących ślepi, przepełnionych nienawiścią do całej ich rodziny. Tak intensywnie zielone... Potrząsnęła łbem, dygotała lekko. Zaraz po ucieczce nieprzyjaciela zwołano naradę. Z każdym słowem Simby, coraz większe niedowierzanie krążyło w jaskini. Skąd tu potomek Skazy? Kiedy się narodził? Kto jest jego matką? Jak to możliwe, że zjawił się tak nagle?
Na pewno teraz wszyscy są zmęczeni i osłabieni po całonocnej dyskusji. Kovu na koniec wręcz padł i od razu zapadł w sen. Na myśl o nim uśmiechnęła się czule. Czarne chwile odpłynęły, dając miejsce ciepłym ciemno-zielonym oczom i zawadiackiemu uśmieszkowi. Przyjemny wietrzyk zatańczył wokół Kiary. Już niedługo przedłuży ona Krąg Życia.
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Budzące się się ze snu słońce odpędziło precz resztki nocy, zalegające jeszcze nad zachodnim niebem. Jego złociste promienie, niczym ręce matki gładziły delikatnie afrykańską równinę i zwierzęta, budzące się powoli ze snu. Wokół rozbrzmiała muzyka sawanny, która zewsząd weseliła serca, ale niekoniecznie wszystkich.
Na granicy, pomiędzy terenami Lwiej Ziemi a ziemiami niczyimi, na niewielkim zielonym pagórku siedziała przygarbiona lwia postać. Wiejący ciepły wiaterek muskał delikatnie jej zlepioną gdzieniegdzie krwią sierść.
Ciemna grzywa automatycznie porwała się do tańca z niewidzialnym partnerem, powiewając to na boki, to do góry, łaskocząc drażliwie skórę jej właściciela, który suma summarum, nie zwracał na to większej uwagi, zajęty zgoła czym innym. Amare Hostis wylizywał szorstkim językiem skutki nocnej walki. Mimo że rany go piekły, nie okazywał tego. Skrzywił się tylko raz, wtedy, gdy promienie słońca dotknęły jego poranionego pyska. Burcząc coś do siebie pod nosem, wstał i odszedł parę kroków w stronę niskiej akacji. Położył się pod pod nią, a kojący cień natychmiast objął jego całą sylwetkę.
- Simba i jego duma zapłacą mi za to - powiedział posępnie sam do siebie, patrząc ponuro na swoje przednie łapy. Było coś, co wprawiało lwy napotkane przez Hostisa w obrzydzenie, a może raczej litość? Nieważne, Amare nienawidził obu tych rzeczy. Poprawka, Amare nienawidził całego świata, a już najbardziej swego zmarłego ojca - okrutnego króla Skazy. W nikłą radość wprawiła go wiadomość o tym, iż lew z blizną na oku zginął, a za jego śmierć odpowiadał najprawdopodobniej obecny monarcha Lwiej Ziemi. Aczkolwiek za tymże niekoniecznie entuzjastycznym uczuciem, pojawiła się błyskotliwa myśl o przejęciu władzy. Władzy, której tak pragnął, a która została mu odebrana i to już w dniu narodzin. Trzeba wiedzieć, iż podstępny Skaza miał wiele potencjalnych partnerek, niekoniecznie chciał spłodzić dzięki nim niezwyciężonego następce tronu, robił to raczej dla rozrywki. O przyszłości królestwa zaczął myśleć nieco później, pod wpływem pewnej myszatej lwicy - matki Hostisa. Ona, powiadomiwszy króla o swej ciąży, nawet nie chciała słyszeć o tym, iż jej dziecko nie zostałoby przyszłym panem tutejszych ziem. Pod wpływem znużenia, spowodowanego ciągłym wałkowaniem tematu przez samicę, Skaza obiecał, iż jeśli narodzi się zdrowy samiec, to nie będzie miał żadnych przeciwwskazań, aby w przyszłości zastąpił jego osobę. Po upływie paru tygodni, na świat przyszło jasnobrązowe lwiątko, zielonooki chłopiec. Jednak marzenia matki o odziedziczeniu w przyszłości królewskich ziem przez jej potomka, prysnęły jak bańka mydlana. Maluch był bowiem strasznie chuderlawy, ale to nie było najgorsze. Noworodek nie miał jednego palca u lewej łapy. Skaza natychmiast orzekł, iż to 'coś' nie zostanie jego następcą.
- Dziwak nie może być królem - oznajmił lodowato czarnogrzywy, patrząc pogardliwie na lwiątko. - Nie poradzi sobie w walce, a poza tym, spójrz na niego, nie dożyje nawet następnego dnia.
Z tymi słowy, lew z okrutnym uśmiechem oddalił się ku wznoszącej się majestatycznie na szarym, ponurym niebie skale.
Amare patrzył teraz niemrawo w niebo. Matka po tym wydarzeniu zabrała go na niedalekie od Lwiej Ziemi tereny, gdzie maluch dorastał. Jego rodzicielka sączyła mu ciągle do głowy różnorakie myśli, za których pośrednictwem młody lew zaczął nienawidzić ojca. Kiedy był w wieku nastoletnim, matka zmarła, czy raczej została zabita przez stado hien, kiedy była na polowaniu. Hostis wcale się tym nie przejął. Miał diaboliczne usposobienie i nigdy nikogo nie kochał, poza tym, był już samodzielny.
Ciemno-grzywy spojrzał się ponownie na swoje łapy. Nieomylny się pomylił. Dożył następnego dnia, a potem kolejnych, które przerodziły się w miesiące, a one z kolei w lata. Wyrósł, a przez ciągłe treningi przybrał na wadze i umocnił się. Brak palca wcale nie przeszkadzał mu w walce, wręcz przeciwnie. Pewni zwycięstwa nad nim wrogowie padali jak muchy. Przy życiu nie ostał się nikt. Samiec uśmiechnął się złowróżbnie kącikami warg, po czym automatycznie skierował swój wzrok na ciemny punkt, widniejący daleko hen na północnym zachodzie. Lwia Skała.
Już niedługo - pomyślał sobie Hostis, po czym wrócił z powrotem do wylizywania ran.
Na granicy, pomiędzy terenami Lwiej Ziemi a ziemiami niczyimi, na niewielkim zielonym pagórku siedziała przygarbiona lwia postać. Wiejący ciepły wiaterek muskał delikatnie jej zlepioną gdzieniegdzie krwią sierść.
Ciemna grzywa automatycznie porwała się do tańca z niewidzialnym partnerem, powiewając to na boki, to do góry, łaskocząc drażliwie skórę jej właściciela, który suma summarum, nie zwracał na to większej uwagi, zajęty zgoła czym innym. Amare Hostis wylizywał szorstkim językiem skutki nocnej walki. Mimo że rany go piekły, nie okazywał tego. Skrzywił się tylko raz, wtedy, gdy promienie słońca dotknęły jego poranionego pyska. Burcząc coś do siebie pod nosem, wstał i odszedł parę kroków w stronę niskiej akacji. Położył się pod pod nią, a kojący cień natychmiast objął jego całą sylwetkę.
- Simba i jego duma zapłacą mi za to - powiedział posępnie sam do siebie, patrząc ponuro na swoje przednie łapy. Było coś, co wprawiało lwy napotkane przez Hostisa w obrzydzenie, a może raczej litość? Nieważne, Amare nienawidził obu tych rzeczy. Poprawka, Amare nienawidził całego świata, a już najbardziej swego zmarłego ojca - okrutnego króla Skazy. W nikłą radość wprawiła go wiadomość o tym, iż lew z blizną na oku zginął, a za jego śmierć odpowiadał najprawdopodobniej obecny monarcha Lwiej Ziemi. Aczkolwiek za tymże niekoniecznie entuzjastycznym uczuciem, pojawiła się błyskotliwa myśl o przejęciu władzy. Władzy, której tak pragnął, a która została mu odebrana i to już w dniu narodzin. Trzeba wiedzieć, iż podstępny Skaza miał wiele potencjalnych partnerek, niekoniecznie chciał spłodzić dzięki nim niezwyciężonego następce tronu, robił to raczej dla rozrywki. O przyszłości królestwa zaczął myśleć nieco później, pod wpływem pewnej myszatej lwicy - matki Hostisa. Ona, powiadomiwszy króla o swej ciąży, nawet nie chciała słyszeć o tym, iż jej dziecko nie zostałoby przyszłym panem tutejszych ziem. Pod wpływem znużenia, spowodowanego ciągłym wałkowaniem tematu przez samicę, Skaza obiecał, iż jeśli narodzi się zdrowy samiec, to nie będzie miał żadnych przeciwwskazań, aby w przyszłości zastąpił jego osobę. Po upływie paru tygodni, na świat przyszło jasnobrązowe lwiątko, zielonooki chłopiec. Jednak marzenia matki o odziedziczeniu w przyszłości królewskich ziem przez jej potomka, prysnęły jak bańka mydlana. Maluch był bowiem strasznie chuderlawy, ale to nie było najgorsze. Noworodek nie miał jednego palca u lewej łapy. Skaza natychmiast orzekł, iż to 'coś' nie zostanie jego następcą.
- Dziwak nie może być królem - oznajmił lodowato czarnogrzywy, patrząc pogardliwie na lwiątko. - Nie poradzi sobie w walce, a poza tym, spójrz na niego, nie dożyje nawet następnego dnia.
Z tymi słowy, lew z okrutnym uśmiechem oddalił się ku wznoszącej się majestatycznie na szarym, ponurym niebie skale.
Amare patrzył teraz niemrawo w niebo. Matka po tym wydarzeniu zabrała go na niedalekie od Lwiej Ziemi tereny, gdzie maluch dorastał. Jego rodzicielka sączyła mu ciągle do głowy różnorakie myśli, za których pośrednictwem młody lew zaczął nienawidzić ojca. Kiedy był w wieku nastoletnim, matka zmarła, czy raczej została zabita przez stado hien, kiedy była na polowaniu. Hostis wcale się tym nie przejął. Miał diaboliczne usposobienie i nigdy nikogo nie kochał, poza tym, był już samodzielny.
Ciemno-grzywy spojrzał się ponownie na swoje łapy. Nieomylny się pomylił. Dożył następnego dnia, a potem kolejnych, które przerodziły się w miesiące, a one z kolei w lata. Wyrósł, a przez ciągłe treningi przybrał na wadze i umocnił się. Brak palca wcale nie przeszkadzał mu w walce, wręcz przeciwnie. Pewni zwycięstwa nad nim wrogowie padali jak muchy. Przy życiu nie ostał się nikt. Samiec uśmiechnął się złowróżbnie kącikami warg, po czym automatycznie skierował swój wzrok na ciemny punkt, widniejący daleko hen na północnym zachodzie. Lwia Skała.
Już niedługo - pomyślał sobie Hostis, po czym wrócił z powrotem do wylizywania ran.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
//Na usprawiedliwienie powiem że długo nie pisałem : P //
Tymczasem na Lwiej Ziemi Simba był wyraźnie zaniepokojony. I trudno mu się dziwić. Pomimo bólu łap i ran nabytych podczas wczorajszej walki, chodził wkółko po Lwiej Skale. Jego żona Nala siedziała obok i myła się -Powinieneś odpoczywać. Jesteś ranny i zmęczony.- Powiedziała obserwując męża. -Jak mam odpoczywać?! Okazało się że kolejny syn Skazy chce mnie zabić!- Prawie wykrzyczał drepcząc wte i wewte. Nagle stanął, westchnął i potrzedł do Nali. -Co ja mam robić?- W jego głosie dało się słyszeć nutkę bezradności -To ty tu jesteś królem- Lwica wzruszyła ramionami. -A ty jesteś królową- Odparł Simba. Nala widząc zniechęcenie męża odpowiedziała: - Najpierw odpocznij. Kiedy wydobrzejesz na pewno na coś wpadniesz.- Wstała i polizała go z czułością po policzku, machnęła ogonem i zniknęła w ciemności jaskini. Simba westchnął. Musiał przyznać że królowa miała trochę racji. Wszedł za nią do groty i ułożył się na legowisku z liści. Po chwili zasnął zastanawiając się nad dalszym postępowaniem
Kawałek dalej od Lwiej Skale, przy wodopoju znajdowali się Kovu i Kiara. Lwica leżała na gałęzi niewielkiego drzewa, zaś jej partner obserwował okolicę. -Nad czym tak myślisz Kovu?- Wyszeptała mu do ucha nachylając się z drzewa. -Myślę nad tym co się wydarzyło wczoraj...i o tym co może się wydarzyć...- Odpowiedział lew. Kiara zeskoczyła zwinnie i usiadła obok niego. - A może pomyślisz o tym co jest teraz?- Spytała cicho wtulając się w jego grzywę. Książe objął ją łapą przytulając jednak widać było że nie porzucił swych myśli. -Ech...martwię się Kiar...mój brat...wczoraj o mało co nie zabił Simby.- Lwica obeszła go dookoła łaskocząc ogonem. -Wszystko będzie dobrze Kovu...ale to bądź co bądź twój krewniak...może gdybyś z nim na spokojnie porozmawiał...- Ciemnogrzywy lew odwrócił się do księżniczki. Spojrzał jej w oczy -To nie takie proste, to wygnaniec. Oni tak nie postępują...- Spóścił wzrok, lecz po chwili poderwał się. W jego oczach widać było dziwne błyski. -Chociaż może masz rację...może z nim porozmawiam...- Wysunął pazury i przejechał nimi po pobliskim kamieniu, ostrząc je. Lwica szybko domyśliła się jak ma przebiegać ta rozmowa -Nie rób tego! On jest silny, omal nie zabił mojego ojca. Co będzie jeśli zrobi coś tobie?! Pomyślałeś o mnie?- Wtuliła się w niego łkając. Kovu przytulił ją i powiedział uspokajającym tonem -No dobrze, skoro tak stawiasz sprawę to nie zrobie tego...nie teraz. A teraz wracajmy na Lwią Skałę. Nie chcę żeby Simba się o ciebie martwił. Od kiedy ten dziwak się tu pojawił jest bardzo niespokojny- Wstał i delikatnie popchnął nosem nos lwicy -Dobrze- Odparła lwica ciepło i prawie radośnie.
Wieczorem kiedy zapadał zmierzch a większość rodziny królewskiej pospała się po kolacji. Jakiś cień przemknął między stóżójącymi na Lwiej Skale lwicami. Czarnogrzywy lew szedł w kierunku Granicy. Był to Kovu. -Zabiję go. Nie będzie więcej zagrażał ani Kiarze, ani nikomu z Lwiej Ziemi- Myślał. Wdychał powietrze i nasłuchiwał próbując złapać trop niedoszłego zabójcy króla. Z każdą chwilą coraz bardziej zbliżał się do Granicy.
Tymczasem na Lwiej Ziemi Simba był wyraźnie zaniepokojony. I trudno mu się dziwić. Pomimo bólu łap i ran nabytych podczas wczorajszej walki, chodził wkółko po Lwiej Skale. Jego żona Nala siedziała obok i myła się -Powinieneś odpoczywać. Jesteś ranny i zmęczony.- Powiedziała obserwując męża. -Jak mam odpoczywać?! Okazało się że kolejny syn Skazy chce mnie zabić!- Prawie wykrzyczał drepcząc wte i wewte. Nagle stanął, westchnął i potrzedł do Nali. -Co ja mam robić?- W jego głosie dało się słyszeć nutkę bezradności -To ty tu jesteś królem- Lwica wzruszyła ramionami. -A ty jesteś królową- Odparł Simba. Nala widząc zniechęcenie męża odpowiedziała: - Najpierw odpocznij. Kiedy wydobrzejesz na pewno na coś wpadniesz.- Wstała i polizała go z czułością po policzku, machnęła ogonem i zniknęła w ciemności jaskini. Simba westchnął. Musiał przyznać że królowa miała trochę racji. Wszedł za nią do groty i ułożył się na legowisku z liści. Po chwili zasnął zastanawiając się nad dalszym postępowaniem
Kawałek dalej od Lwiej Skale, przy wodopoju znajdowali się Kovu i Kiara. Lwica leżała na gałęzi niewielkiego drzewa, zaś jej partner obserwował okolicę. -Nad czym tak myślisz Kovu?- Wyszeptała mu do ucha nachylając się z drzewa. -Myślę nad tym co się wydarzyło wczoraj...i o tym co może się wydarzyć...- Odpowiedział lew. Kiara zeskoczyła zwinnie i usiadła obok niego. - A może pomyślisz o tym co jest teraz?- Spytała cicho wtulając się w jego grzywę. Książe objął ją łapą przytulając jednak widać było że nie porzucił swych myśli. -Ech...martwię się Kiar...mój brat...wczoraj o mało co nie zabił Simby.- Lwica obeszła go dookoła łaskocząc ogonem. -Wszystko będzie dobrze Kovu...ale to bądź co bądź twój krewniak...może gdybyś z nim na spokojnie porozmawiał...- Ciemnogrzywy lew odwrócił się do księżniczki. Spojrzał jej w oczy -To nie takie proste, to wygnaniec. Oni tak nie postępują...- Spóścił wzrok, lecz po chwili poderwał się. W jego oczach widać było dziwne błyski. -Chociaż może masz rację...może z nim porozmawiam...- Wysunął pazury i przejechał nimi po pobliskim kamieniu, ostrząc je. Lwica szybko domyśliła się jak ma przebiegać ta rozmowa -Nie rób tego! On jest silny, omal nie zabił mojego ojca. Co będzie jeśli zrobi coś tobie?! Pomyślałeś o mnie?- Wtuliła się w niego łkając. Kovu przytulił ją i powiedział uspokajającym tonem -No dobrze, skoro tak stawiasz sprawę to nie zrobie tego...nie teraz. A teraz wracajmy na Lwią Skałę. Nie chcę żeby Simba się o ciebie martwił. Od kiedy ten dziwak się tu pojawił jest bardzo niespokojny- Wstał i delikatnie popchnął nosem nos lwicy -Dobrze- Odparła lwica ciepło i prawie radośnie.
Wieczorem kiedy zapadał zmierzch a większość rodziny królewskiej pospała się po kolacji. Jakiś cień przemknął między stóżójącymi na Lwiej Skale lwicami. Czarnogrzywy lew szedł w kierunku Granicy. Był to Kovu. -Zabiję go. Nie będzie więcej zagrażał ani Kiarze, ani nikomu z Lwiej Ziemi- Myślał. Wdychał powietrze i nasłuchiwał próbując złapać trop niedoszłego zabójcy króla. Z każdą chwilą coraz bardziej zbliżał się do Granicy.
avek by Laura-comics
ex favilla patria sacra
ex favilla patria sacra
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Zapadła noc. Ciemne, nieprzyjazne chmury płynęły flegmatycznie po granatowym niebie, zasłaniając gwiazdy i księżyc, jakby celowo nie chcąc dopuścić ich światła na afrykańskie tereny. Pod osłoną peleryny mroku, dało się słyszeć czyjeś stłumione głosy.
- Niech zgadnę, Amare, znów uśmierciłeś jakiegoś nieszczęśnika? - zapytał żeński głos, wyprany całkowicie z jakichkolwiek czułości, choć raczej było to zasmrodzone nudą stwierdzenie, aniżeli zapytanie.
- Mam nadzieję - mruknął oschle w odpowiedzi lew, stanąwszy przed swoją rozmówczynią.
Dwie sylwetki były prawie niewidoczne w panujących tu ciemnościach.
- Mhm? - niemal krwiste oczy zaiskrzyły blaskiem ciekawości, spoglądając wyczekująco w stronę towarzysza.
Samiec westchnął teatralnie.
- Nie mam pewności, czy król zginął, zrozumiałaś teraz? - ozwał się podirytowany.
- Król? Walczyłeś z Simbą?! Postradałeś do reszty rozum?! - zahuczała lwica, nie kryjąc zdenerwowania.
- Uspokój się, Divira albo ja to zrobię - warknął Hostis, obnażając kły i błyskając nimi w stronę samicy - Walczyłem z nim. I co z tego? - dodał już spokojnie, jakby poprzednio wypowiedziane zdanie i emocje nigdy nie miały bytu.
- A to, że miałeś iść tylko na zwiad. Co by się stało, gdyby jego stado cię zaatakowało? Nie miałbyś szans z tyloma lwicami - odpowiedziała lwica, zwana Divirą, nadal lekko podirytowana.
Lew wzruszył bezceremonialnie barkami.
- Zaistniała sytuacja była zbyt kusząca. Siedział zupełnie sam na szycie Lwiej Skały, jak mógłbym nie skorzystać? - Amare spojrzał się na nią z uniesioną brwią. - Jego lwice są niezwykle tępe. Umknąłem im sprzed nosa, a te nawet się nie połapały w którą stronę pobiegłem.
Pysk ciemnogrzywego ozdobił szeroki kpiący uśmiech, Devira tylko pokiwała łbem z wyraźną rezygnacją.
Hostis już miał coś dopowiedzieć, kiedy usłyszał wydobywający się zza pleców ściszony głos.
Obok opatulonych cieniem sylwetek dwóch lwów, dołączyły kolejne dwie, ale za to mniejsze.
- Usłyszeliśmy waszą kłótnię. Nic ci nie jest, ojcze? - zapytał beznamiętnie jeden z podrostków, a okazał się nim być karmelowej barwy, ciemno zielonooki samiec z czarnymi zaczątkami grzywy i hebanowymi łapami. Wlepiał swoje ślepia, nie mające jakiegoś konkretnego wyrazu w dorosłego lwa. Towarzyszący mu popielaty rówieśnik o równie smolistej grzywie i łapach, nie odezwał się ani słowem.
Hostis zmarszczył nos w geście niezadowolenia.
- Świetnie - odrzekł lodowato po chwili, odwracając się do nowo przybyłych przednią częścią swojej osoby, jednak nie racząc wzrokiem żadnego z nich.
Morani i jego nieco młodszy brat, Vesario Hostis, stali jak słupy soli, spoglądając niemrawo przed siebie.
Divira podeszła po chwili zastanowienia do synów i przywitała każdego z nich lekkim potarciem pyska o pysk. Amare patrzył na to zniesmaczony. Nie lubił takiego typu czułości. Kojarzyły mu się ze słabością charakterów. Spojrzał raz jeszcze na swoją partnerkę. Księżyc w końcu zdołał przebić się przez ciemną barierę chmur. Bordowe futro lwicy zalśniło niezwykłym połyskiem w jego świetle. Szarogrzywy odwrócił wzrok od lwicy. Nigdy jej nie kochał, ona zresztą jego też. Postanowili 'być ze sobą' tylko ze względu na wspólne cele, którymi oczywiście było przejęcie władzy nad Lwią Ziemią. Poznali się przy wodopoju. Ona była samotniczką, jak on. Nie zachwyciła go swoim pięknem, choć należała do urodziwych samic, ale swoją bystrością i niezwykłą siłą. Miała jakąś urazę do Lwioziemców, ale nie wiedział z jakiego powodu. Nie obchodziło go to. Postanowili założyć stado i zaatakować znienawidzonych przeciwników, gdy nadarzy się ku temu okazja. Niedługo po tym, Divira zaszła w ciążę. Urodziły się kocięta, dwa samce. Były zdrowe i silne. Szybko nauczyły się chodzić i jeść mięso. Od małego wyjawiały predyspozycje do walki. Amare cieszył się w duchu, bo jego jeszcze małe stadko potrzebowało silnych osobników. Każdy nowy członek, który do niego dołączył, przybliżał go do władzy. Obiecał sobie, że gdy już ją zdobędzie, to pozbędzie się wszystkich pretendentów do tronu, wliczając w to własne potomstwo. Nie był zbyt wylewny w uczuciach, nie przywiązywał się także do nikogo. Był zdania, iż trzeba eliminować potencjalne zagrożenie, kiedy tylko przyjdzie ku temu okazja. Od zawsze traktował swoje młode z rezerwą, niemal obco, choć niekoniecznie, bo obcych pozabijałby od razu. Zwłaszcza ta zasada tyczyła się starszego syna - Morani'ego. Divira, cóż... Nigdy nie wierzył w jej lojalność partnerską. Był jednak pewny, iż młodsza latorośl jest jego, dlatego nazwał go swoim imieniem. Vesario Hostis. Snuł w związku z nim wielkie plany. Tak, on będzie mu niezwykle przydatny. Z jego własnych myśli i planów, wyrwał go brutalnie zaniepokojony głos bordowej.
- Amare, chyba mamy gościa - to mówiąc, wskazała łbem przed siebie.
We mgle ciemności można było dojrzeć słabe ruchy, zmierzającego nieopodal zwierzęcia. Chwilę potem zamajaczyły słabe kształty osobnika, a potem z traw wyłoniła się postura brązowego lwa.
Kovu, nieświadom z niebezpieczeństwa, szedł wciąż przed siebie.
- Niech zgadnę, Amare, znów uśmierciłeś jakiegoś nieszczęśnika? - zapytał żeński głos, wyprany całkowicie z jakichkolwiek czułości, choć raczej było to zasmrodzone nudą stwierdzenie, aniżeli zapytanie.
- Mam nadzieję - mruknął oschle w odpowiedzi lew, stanąwszy przed swoją rozmówczynią.
Dwie sylwetki były prawie niewidoczne w panujących tu ciemnościach.
- Mhm? - niemal krwiste oczy zaiskrzyły blaskiem ciekawości, spoglądając wyczekująco w stronę towarzysza.
Samiec westchnął teatralnie.
- Nie mam pewności, czy król zginął, zrozumiałaś teraz? - ozwał się podirytowany.
- Król? Walczyłeś z Simbą?! Postradałeś do reszty rozum?! - zahuczała lwica, nie kryjąc zdenerwowania.
- Uspokój się, Divira albo ja to zrobię - warknął Hostis, obnażając kły i błyskając nimi w stronę samicy - Walczyłem z nim. I co z tego? - dodał już spokojnie, jakby poprzednio wypowiedziane zdanie i emocje nigdy nie miały bytu.
- A to, że miałeś iść tylko na zwiad. Co by się stało, gdyby jego stado cię zaatakowało? Nie miałbyś szans z tyloma lwicami - odpowiedziała lwica, zwana Divirą, nadal lekko podirytowana.
Lew wzruszył bezceremonialnie barkami.
- Zaistniała sytuacja była zbyt kusząca. Siedział zupełnie sam na szycie Lwiej Skały, jak mógłbym nie skorzystać? - Amare spojrzał się na nią z uniesioną brwią. - Jego lwice są niezwykle tępe. Umknąłem im sprzed nosa, a te nawet się nie połapały w którą stronę pobiegłem.
Pysk ciemnogrzywego ozdobił szeroki kpiący uśmiech, Devira tylko pokiwała łbem z wyraźną rezygnacją.
Hostis już miał coś dopowiedzieć, kiedy usłyszał wydobywający się zza pleców ściszony głos.
Obok opatulonych cieniem sylwetek dwóch lwów, dołączyły kolejne dwie, ale za to mniejsze.
- Usłyszeliśmy waszą kłótnię. Nic ci nie jest, ojcze? - zapytał beznamiętnie jeden z podrostków, a okazał się nim być karmelowej barwy, ciemno zielonooki samiec z czarnymi zaczątkami grzywy i hebanowymi łapami. Wlepiał swoje ślepia, nie mające jakiegoś konkretnego wyrazu w dorosłego lwa. Towarzyszący mu popielaty rówieśnik o równie smolistej grzywie i łapach, nie odezwał się ani słowem.
Hostis zmarszczył nos w geście niezadowolenia.
- Świetnie - odrzekł lodowato po chwili, odwracając się do nowo przybyłych przednią częścią swojej osoby, jednak nie racząc wzrokiem żadnego z nich.
Morani i jego nieco młodszy brat, Vesario Hostis, stali jak słupy soli, spoglądając niemrawo przed siebie.
Divira podeszła po chwili zastanowienia do synów i przywitała każdego z nich lekkim potarciem pyska o pysk. Amare patrzył na to zniesmaczony. Nie lubił takiego typu czułości. Kojarzyły mu się ze słabością charakterów. Spojrzał raz jeszcze na swoją partnerkę. Księżyc w końcu zdołał przebić się przez ciemną barierę chmur. Bordowe futro lwicy zalśniło niezwykłym połyskiem w jego świetle. Szarogrzywy odwrócił wzrok od lwicy. Nigdy jej nie kochał, ona zresztą jego też. Postanowili 'być ze sobą' tylko ze względu na wspólne cele, którymi oczywiście było przejęcie władzy nad Lwią Ziemią. Poznali się przy wodopoju. Ona była samotniczką, jak on. Nie zachwyciła go swoim pięknem, choć należała do urodziwych samic, ale swoją bystrością i niezwykłą siłą. Miała jakąś urazę do Lwioziemców, ale nie wiedział z jakiego powodu. Nie obchodziło go to. Postanowili założyć stado i zaatakować znienawidzonych przeciwników, gdy nadarzy się ku temu okazja. Niedługo po tym, Divira zaszła w ciążę. Urodziły się kocięta, dwa samce. Były zdrowe i silne. Szybko nauczyły się chodzić i jeść mięso. Od małego wyjawiały predyspozycje do walki. Amare cieszył się w duchu, bo jego jeszcze małe stadko potrzebowało silnych osobników. Każdy nowy członek, który do niego dołączył, przybliżał go do władzy. Obiecał sobie, że gdy już ją zdobędzie, to pozbędzie się wszystkich pretendentów do tronu, wliczając w to własne potomstwo. Nie był zbyt wylewny w uczuciach, nie przywiązywał się także do nikogo. Był zdania, iż trzeba eliminować potencjalne zagrożenie, kiedy tylko przyjdzie ku temu okazja. Od zawsze traktował swoje młode z rezerwą, niemal obco, choć niekoniecznie, bo obcych pozabijałby od razu. Zwłaszcza ta zasada tyczyła się starszego syna - Morani'ego. Divira, cóż... Nigdy nie wierzył w jej lojalność partnerską. Był jednak pewny, iż młodsza latorośl jest jego, dlatego nazwał go swoim imieniem. Vesario Hostis. Snuł w związku z nim wielkie plany. Tak, on będzie mu niezwykle przydatny. Z jego własnych myśli i planów, wyrwał go brutalnie zaniepokojony głos bordowej.
- Amare, chyba mamy gościa - to mówiąc, wskazała łbem przed siebie.
We mgle ciemności można było dojrzeć słabe ruchy, zmierzającego nieopodal zwierzęcia. Chwilę potem zamajaczyły słabe kształty osobnika, a potem z traw wyłoniła się postura brązowego lwa.
Kovu, nieświadom z niebezpieczeństwa, szedł wciąż przed siebie.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Brązowy powolii stąpał tak bardzo zamyślony, że nawet zapach obcych nie podrażnił jego nozdrzy. Dopiero po chwili uniósł gwłtownie łeb, wyczuwając nową woń, bardzo niepokojącą. Reszta rozegrała się szybko, Kovu zatrzymał się, napiął mięśnie i zawarczał groźnie. Od razu poznał kim jest smukły samiec o przenikiwym zimnym spojrzeniu. Nieznana mu za to bordowa lwica stanęła w pozie obronnej, ukazując ostre uzębienie. Sam Amare stał rozluźniony mierząc jedynie Kovu wzrokiem.
- Witaj, krewniaku - rzucił głosem mocnym i dobrze zachowująym się w pamięci innych. Kovu zmarszczył brwi, nie do końca wiedząc jak zareagować.
- Nie jesteśmy rodziną - rzucił w końcu gniewnie. - Nawet nie ośmielaj się tak mnie nazywać!
- Och tak, wybacz. Przecież jesteś bękartem spłodzonym przez późniejszą żonę mego ojca. Widać nie była lepsza od niego. Ale, cóż, chyba obaj wiemy, że w naszym przypadku lepiej nie rozprawiać o rodzinie. - Uśmiech jaki mu posłał nie zawierał nawet krzty uczuć. - Divira, zajęłabyś się nim.
Nim Kovu zdążył zareagować, bordowa smuga przygniotła go do ziemi i wściekle wgryzła się w ramię. Charknął i ślepo zamachnął się łapą w próbie rozpaczliwej próbie wyswobodzenia. Trafił. Uścisk zelżał, wtedy nie czekając na oklaski, Kovu z rykiem odepchnął Divirę. Lwica wylądowała zręcznie na łapach i zmierzyła go wzrokiem. Po niedługiej chwili znów byli ściśnięci w śmiertelnym uścisku. Ich wzajemny jazgot dochodził do niewzruszonego tym uszu Hostisa. Obok siedziały dwa młode, które ze spokojem oglądały bitwę, nawet raz nie wydając z siebie dźwięku. Po dobrych dziesięciu minutach przegrany padł zipiąc z trudem. Kovu ledwo mógł się ruszyć poważnie okaleczony. Divira w nielepszym stanie ciężko dyszała. Uniosła pazury nad Kovu. W jej ślepiach nie było litości.
- Witaj, krewniaku - rzucił głosem mocnym i dobrze zachowująym się w pamięci innych. Kovu zmarszczył brwi, nie do końca wiedząc jak zareagować.
- Nie jesteśmy rodziną - rzucił w końcu gniewnie. - Nawet nie ośmielaj się tak mnie nazywać!
- Och tak, wybacz. Przecież jesteś bękartem spłodzonym przez późniejszą żonę mego ojca. Widać nie była lepsza od niego. Ale, cóż, chyba obaj wiemy, że w naszym przypadku lepiej nie rozprawiać o rodzinie. - Uśmiech jaki mu posłał nie zawierał nawet krzty uczuć. - Divira, zajęłabyś się nim.
Nim Kovu zdążył zareagować, bordowa smuga przygniotła go do ziemi i wściekle wgryzła się w ramię. Charknął i ślepo zamachnął się łapą w próbie rozpaczliwej próbie wyswobodzenia. Trafił. Uścisk zelżał, wtedy nie czekając na oklaski, Kovu z rykiem odepchnął Divirę. Lwica wylądowała zręcznie na łapach i zmierzyła go wzrokiem. Po niedługiej chwili znów byli ściśnięci w śmiertelnym uścisku. Ich wzajemny jazgot dochodził do niewzruszonego tym uszu Hostisa. Obok siedziały dwa młode, które ze spokojem oglądały bitwę, nawet raz nie wydając z siebie dźwięku. Po dobrych dziesięciu minutach przegrany padł zipiąc z trudem. Kovu ledwo mógł się ruszyć poważnie okaleczony. Divira w nielepszym stanie ciężko dyszała. Uniosła pazury nad Kovu. W jej ślepiach nie było litości.
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Wycieńczony zaciekłą walką brązowy samiec, leżał bezwładnie na zroszonej kropelkami nocnej rosy ziemi, nie mając siły drgnąć nawet puszystą kitą swojego ogona. Na nic zdały się desperackie próby powstania. Zmęczone łapy odmówiły mu całkowicie i nieodwołalnie posłuszeństwa. Nie pozostawało mu już nic innego, jak namolne wpatrywanie się w bordową lwicę, a najpewniej za niedługo jego zabójczynię. Nie miał ochoty żebrać o litość i korzyć się przed nienawistnym obliczem samicy, bo i po co? Jedyny efekt, jaki by to dało, to przedśmiertny obraz szyderczo uśmiechającej się Diviry, w której ślepiach kryłaby się wyraźnie widoczna pogarda, współgrająca na przemian z prześmiewczym rozbawieniem. Obserwował, jak lwica powoli zbliża się ku niemu z tryumfalnym grymasem na pysku i unosi łapę, uzbrojoną w śmiertelnie niebezpieczną broń. I w tym właśnie momencie, poczuł jak fala bezsilnej złości zalewa go od wewnątrz. Był zły, zły na siebie i za swoje nieodpowiedzialne zachowanie. Prawdziwy król nie byłby tak lekkomyślny, jak on. Najgorsze było mimo wszystko dla niego to, że przysporzy dodatkowych cierpień Kiarze. Na myśl o swojej partnerce łzy samoistnie napłynęły mu do oczu.
- Och, Kiaro, wybacz mi. Pomyślał, zaciskając mocno powieki, by przeciwnicy nie dojrzeli przypadkiem jego łez. To wywołałoby u nich jeszcze większą satysfakcję, a Kovu bądź co bądź, chciał jej im jak najwięcej oszczędzić.
W chwili, gdy ostre pazury zawisły dosłownie kilka milimetrów nad obolałym, pociętym dotkliwie ciałem przegranego, a następca tronu Lwiej Ziemi zaczął ostatecznie żegnać się ze swoim krótkim życiem, okolicę przeszyły czyjeś liczne głosy. Dochodziły z bliska. Z bardzo bliska.
Usłyszał ciche, siarczyste przekleństwo, wypowiedziane najprawdopodobniej przez Amare.
- Musieli się domyśleć, że wyszedł- mruknęła niezadowolona samica, trzymając dalej łapę w bardzo małej odległości od ciała samca.
- Jest ich zbyt wielu - oznajmił sucho dorosły Hostis. - Diviri, zakończ to szybko i zwijamy się stąd.
Bordowej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Mocnym ciosem łapy w potylicę, pozbawiła raz dwa lwa przytomności, a może i życia. Następnie wraz ze swoją rodziną, niezauważenie mknąc przez nocny afrykański krajobraz, pobiegła w kierunku przyszłych Pustkowi.
A Kovu? Leżał na lewym boku, kompletnie nie poruszając się. Krew spływała obficie po jego ranach, osadzając się na źdźbłach trawy, które w niedługim czasie, przybrały kolor ciemnej czerwieni.
- Pani, znalazłyśmy go - zawołał jakiś głos z ciemności.
Parę sekund potem, z zarośli wybiegły cztery odziane w mrok postacie.
Stanęły w nieznacznej odległości od leżącego nieruchomo ciała. W słabym świetle można było dojrzeć ich niedowierzające miny.
- Och, Kovu... Czy on... - głos młodej władczyni załamał się. Widać, że lwica była bliska płaczu.
- Nie, pani, on żyje, ale jego oddech jest bardzo płytki. Ma też dużo krwawiących ran na ciele. Musimy się pośpieszyć, jeśli chcemy go uratować - zarządziła inna samica, obchodząc z wszystkich stron brązowe cielsko, czujne się mu przyglądając.
Kiara odetchnęła z ulgą.
- Zabierzmy go do Rafikiego - oznajmiła cicho, zdobywając się w końcu na odwagę, by podejść bliżej do swego męża.
Osiem lwich sylwetek szło w milczeniu w stronę wielkiego baobabu, zamieszkiwanego przez mądrego, ale nieco dziwnego pawiana Rafikiego. W ich sercach grała nadzieja, że poradzi coś na ciężki stan Kovu i uda mu się zatrzymać przy życiu młodego władcę.
Wychyliwszy się nieco zza chmur księżyc, opromieniał niezbyt radosne pyski samic.
- Och, Kiaro, wybacz mi. Pomyślał, zaciskając mocno powieki, by przeciwnicy nie dojrzeli przypadkiem jego łez. To wywołałoby u nich jeszcze większą satysfakcję, a Kovu bądź co bądź, chciał jej im jak najwięcej oszczędzić.
W chwili, gdy ostre pazury zawisły dosłownie kilka milimetrów nad obolałym, pociętym dotkliwie ciałem przegranego, a następca tronu Lwiej Ziemi zaczął ostatecznie żegnać się ze swoim krótkim życiem, okolicę przeszyły czyjeś liczne głosy. Dochodziły z bliska. Z bardzo bliska.
Usłyszał ciche, siarczyste przekleństwo, wypowiedziane najprawdopodobniej przez Amare.
- Musieli się domyśleć, że wyszedł- mruknęła niezadowolona samica, trzymając dalej łapę w bardzo małej odległości od ciała samca.
- Jest ich zbyt wielu - oznajmił sucho dorosły Hostis. - Diviri, zakończ to szybko i zwijamy się stąd.
Bordowej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Mocnym ciosem łapy w potylicę, pozbawiła raz dwa lwa przytomności, a może i życia. Następnie wraz ze swoją rodziną, niezauważenie mknąc przez nocny afrykański krajobraz, pobiegła w kierunku przyszłych Pustkowi.
A Kovu? Leżał na lewym boku, kompletnie nie poruszając się. Krew spływała obficie po jego ranach, osadzając się na źdźbłach trawy, które w niedługim czasie, przybrały kolor ciemnej czerwieni.
- Pani, znalazłyśmy go - zawołał jakiś głos z ciemności.
Parę sekund potem, z zarośli wybiegły cztery odziane w mrok postacie.
Stanęły w nieznacznej odległości od leżącego nieruchomo ciała. W słabym świetle można było dojrzeć ich niedowierzające miny.
- Och, Kovu... Czy on... - głos młodej władczyni załamał się. Widać, że lwica była bliska płaczu.
- Nie, pani, on żyje, ale jego oddech jest bardzo płytki. Ma też dużo krwawiących ran na ciele. Musimy się pośpieszyć, jeśli chcemy go uratować - zarządziła inna samica, obchodząc z wszystkich stron brązowe cielsko, czujne się mu przyglądając.
Kiara odetchnęła z ulgą.
- Zabierzmy go do Rafikiego - oznajmiła cicho, zdobywając się w końcu na odwagę, by podejść bliżej do swego męża.
Osiem lwich sylwetek szło w milczeniu w stronę wielkiego baobabu, zamieszkiwanego przez mądrego, ale nieco dziwnego pawiana Rafikiego. W ich sercach grała nadzieja, że poradzi coś na ciężki stan Kovu i uda mu się zatrzymać przy życiu młodego władcę.
Wychyliwszy się nieco zza chmur księżyc, opromieniał niezbyt radosne pyski samic.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Kiara siedziała przed jaskinią Lwiej Skały, raz co raz obracając łeb w stronę groty. W środku przy blasku świetlików Rafiki opatrywał rany jej ukochanego. Z pewnością walczył dzielnie. Przecież nie było tak łatwo go pokonać.. a jednak przegrał. Wtedy usłyszała głosy przy jaskini.
- Vitani, proszę..
- Chcę go zobaczyć, nie wtrącaj się pawianie - warknęła chuda lwica, której nietypowa grzywka drżała deliktnie przy każdym ruchu.
- Jestem mandrylem - poprawił ją Rafiki. - Kovu musi teraz wypocząć, lepiej by nikt mu nie przeszkadzał.
- Ja to co innego, muszę z niego wydusić, kto to był. - Prześlizgnęła się zdecydowanie obok szamana.
- Nie! - Kostur pojawił się niespodziewanie tuż przed pyskiem lwicy. Z lekkim zaskoczeniem zerknęła na stanowczą twarz Rafikiego.
- Skoro mówię, że nikt nie może go męczyć, to tak ma być. Przyjdzie twój czas na porozmawianie z bratem.
Vitani prychnęła i odwróciła się na pięcie. Obserwująca to dotąd Kiara potruchtała za nią.
- Vitani? - Tamta odwróciła się niechętnie.
- Kiara, o co chodzi?
- Wiesz, ja też się martwię o Kovu, ale na pewno wyzdrowieje..
- To wiem - przerwała jej zirytowana Vitani. - Poprostu chce wiedzieć kto go tak załatwił.. a potem dorwać.
Kiara przełknęła ślinę. W jej szwagierce było coś drapieżnego, co ją trochę niepokoiło. Do tego te ciemne obwódki wokół oczu i intensywnie niebieskie teczówki. Brrr...
- Podejrzewasz, kto to zrobił? - Na to pytanie błękitne ślepia Vitani zabłysły.
- Chyba tak samo ja ty. Amare Hostis. - Imię to wypowiedziała jakoś dziwnie, z mieszaniną nienawiści, zafascyno-
wania i strachu. Kiara uświadomiła sobie, że, choć Kovu nie był synem Skazy, to spotkanie jego potomka musiało być niesamowitym przeżyciem, a co dopiero by to było dla Vitani, w której żyłach płynie ta sama krew co w Amare. Przyjrzała jej się dyskretnie. Teraz dostrzegła pewne cechy podobieństwa, a najbardziej siłę spojrzenia. Przemknęła jej myśl, co by było, gdyby Vitani przeszła znów na złą stronę.. Jakby odczytując jej myśli, niebieskooka uśmiechnęła się krzywo.
- Pamiętaj kto pierwszy przyznał ci rację podczas wojny - mruknęła i odwróciła się. Kiara nic już nie powiedziała.
- Vitani, proszę..
- Chcę go zobaczyć, nie wtrącaj się pawianie - warknęła chuda lwica, której nietypowa grzywka drżała deliktnie przy każdym ruchu.
- Jestem mandrylem - poprawił ją Rafiki. - Kovu musi teraz wypocząć, lepiej by nikt mu nie przeszkadzał.
- Ja to co innego, muszę z niego wydusić, kto to był. - Prześlizgnęła się zdecydowanie obok szamana.
- Nie! - Kostur pojawił się niespodziewanie tuż przed pyskiem lwicy. Z lekkim zaskoczeniem zerknęła na stanowczą twarz Rafikiego.
- Skoro mówię, że nikt nie może go męczyć, to tak ma być. Przyjdzie twój czas na porozmawianie z bratem.
Vitani prychnęła i odwróciła się na pięcie. Obserwująca to dotąd Kiara potruchtała za nią.
- Vitani? - Tamta odwróciła się niechętnie.
- Kiara, o co chodzi?
- Wiesz, ja też się martwię o Kovu, ale na pewno wyzdrowieje..
- To wiem - przerwała jej zirytowana Vitani. - Poprostu chce wiedzieć kto go tak załatwił.. a potem dorwać.
Kiara przełknęła ślinę. W jej szwagierce było coś drapieżnego, co ją trochę niepokoiło. Do tego te ciemne obwódki wokół oczu i intensywnie niebieskie teczówki. Brrr...
- Podejrzewasz, kto to zrobił? - Na to pytanie błękitne ślepia Vitani zabłysły.
- Chyba tak samo ja ty. Amare Hostis. - Imię to wypowiedziała jakoś dziwnie, z mieszaniną nienawiści, zafascyno-
wania i strachu. Kiara uświadomiła sobie, że, choć Kovu nie był synem Skazy, to spotkanie jego potomka musiało być niesamowitym przeżyciem, a co dopiero by to było dla Vitani, w której żyłach płynie ta sama krew co w Amare. Przyjrzała jej się dyskretnie. Teraz dostrzegła pewne cechy podobieństwa, a najbardziej siłę spojrzenia. Przemknęła jej myśl, co by było, gdyby Vitani przeszła znów na złą stronę.. Jakby odczytując jej myśli, niebieskooka uśmiechnęła się krzywo.
- Pamiętaj kto pierwszy przyznał ci rację podczas wojny - mruknęła i odwróciła się. Kiara nic już nie powiedziała.
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Vitani szła szybkim krokiem przed siebie, wlepiając błękitne ślepia w osłoniętą ciemnością dal. Mina malująca się na jej wygnańczym pysku zdradzała, że lwica jest wyraźnie zirytowana. Miała już dość. Denerwowało ją niemal wszystko, począwszy od głupiego pawiana, który śmiał nie wpuścić jej do brata, a kończąc na nieodpowiedzialnym, beznadziejnym i godnym pożałowania pomyśle Kovu, który mógłby się dla niego skończyć o wiele gorzej, gdyby lwice nie dotarły do niego na czas. Dostało się nawet Kiarze, choć Vitani niespecjalnie zdawała się wiedzieć dlaczego. Potem doszła jednak do prostego wniosku, że jeśli się gniewać, to już na wszystkich, bez wyjątku. Mała grzywka unosiła się i opadała zgrabnie przy każdym jej kolejnym kroku. Myślała nad czymś tak intensywnie, że nie do końca była świadoma, w jakim kierunku zmierza. Nim się spostrzegła, była już na terenach granicznych, a dokładniej na samym skrawku sawanny. Początkowo szła dalej w zaparte przed siebie, przeklinając w myślach poprzednie, teraźniejsze i przyszłe pokolenia.
Widać, w jej żyłach nadal wrzała krew, podgrzewana negatywnymi emocjami. Niebieskooka bardzo szybko wpadała w złość, za to powoli się z niej wyswobadzała. W końcu mimowolnie spowolniła swój chód. W chwili, gdy jasne myślenie zaczynało powoli oświetlać jej umysł, ruch jej mięśni całkowicie ustał. Uświadomiła sobie, że gdzieś tutaj, całkiem niedaleko może czaić się sam Amare Hostis ze swoją świtą. Na samą myśl o synu Skazy ogarnęła ją złość. A niech się tu pojawi, proszę bardzo. Rozszarpie go na strzępy bez mrugnięcia okiem. Vitani szorowała wściekle pazurami po ciemnej ziemi, drążąc w niej głębokie kanaliki i wydając przy tym gniewne pomruki. Wyobrażała sobie moment, jak załatwia przeciwnika i ile cierpienia mu przy tym zadaje. Widziała dotkliwe rany na ciele rywala, czuła metaliczny zapach i smak jego krwi. Samica zamarła na moment. Krew. To była również jej krew. Mieli przecież tego samego ojca i to Amare był jej prawdziwym bratem, a nie Kovu. Coś boleśnie zakuło ją w sercu. Od chwili pogodzenia się dwóch stad i zamieszkania na Lwiej Ziemi żyła w dostatku i pozornemu szczęściu. Nie musiała martwić się o pożywienie ani o wodę, ale brakowało jej wspólnego spędzania czasu z Kovu, który teraz każdą wolną chwilę przebywał w towarzystwie Kiary. Rozumiała, że para była w sobie chorobliwie zakochana i chciała spędzać w swojej obecności najlepiej całe dnie, włącznie z nocami, ale przecież zielonooki czasem mógł do niej przyjść, porozmawiać czy zaproponować wspólne polowanie, jak kiedyś, gdy żyli jeszcze na Złej Ziemi. On tymczasem rzucał jej uprzejme powitania lub wymieniał kilka grzecznościowych zdań, a potem w pośpiechu biegł do swej ukochanej. Byłą wygnankę zaczęło pomału irytować zachowanie krewniaka. Znali się od maleńkości, a łącząca ich więź była silna i niezwykła. Kovu tymczasem ją teraz boleśnie osłabiał. Vitani uświadomiła sobie, że czuje się przez niego zdradzona.Pojawił się u niej nawet żal do brązowookiej księżniczki, za to, że odebrała jej najlepszego przyjaciela i towarzysza wielu zabaw. Co prawda, nie była na Lwiej Ziemi samotna, ale w towarzystwie Simby, Nali i reszty, miewała się jakoś nieswojo, chociaż traktowali ją jako pełnoprawnego członka rodziny.
Wiatr zatańczył pokrzepiająco wokół lwicy, chcąc jakby dodać jej otuchy i siły, ale ona nie zwracała na niego najmniejszej uwagi.
Stała tak teraz sama, samiusieńka wśród pożółkłych traw sawanny, oddychając miarowo. Powieki miała opuszczone, a łeb był skierowany mocno ku dołowi. Zaczęło świtać. Oświetlona brzaskiem niebieskooka, zaczęła poważnie zastanawiać się nad swą przyszłością.
Widać, w jej żyłach nadal wrzała krew, podgrzewana negatywnymi emocjami. Niebieskooka bardzo szybko wpadała w złość, za to powoli się z niej wyswobadzała. W końcu mimowolnie spowolniła swój chód. W chwili, gdy jasne myślenie zaczynało powoli oświetlać jej umysł, ruch jej mięśni całkowicie ustał. Uświadomiła sobie, że gdzieś tutaj, całkiem niedaleko może czaić się sam Amare Hostis ze swoją świtą. Na samą myśl o synu Skazy ogarnęła ją złość. A niech się tu pojawi, proszę bardzo. Rozszarpie go na strzępy bez mrugnięcia okiem. Vitani szorowała wściekle pazurami po ciemnej ziemi, drążąc w niej głębokie kanaliki i wydając przy tym gniewne pomruki. Wyobrażała sobie moment, jak załatwia przeciwnika i ile cierpienia mu przy tym zadaje. Widziała dotkliwe rany na ciele rywala, czuła metaliczny zapach i smak jego krwi. Samica zamarła na moment. Krew. To była również jej krew. Mieli przecież tego samego ojca i to Amare był jej prawdziwym bratem, a nie Kovu. Coś boleśnie zakuło ją w sercu. Od chwili pogodzenia się dwóch stad i zamieszkania na Lwiej Ziemi żyła w dostatku i pozornemu szczęściu. Nie musiała martwić się o pożywienie ani o wodę, ale brakowało jej wspólnego spędzania czasu z Kovu, który teraz każdą wolną chwilę przebywał w towarzystwie Kiary. Rozumiała, że para była w sobie chorobliwie zakochana i chciała spędzać w swojej obecności najlepiej całe dnie, włącznie z nocami, ale przecież zielonooki czasem mógł do niej przyjść, porozmawiać czy zaproponować wspólne polowanie, jak kiedyś, gdy żyli jeszcze na Złej Ziemi. On tymczasem rzucał jej uprzejme powitania lub wymieniał kilka grzecznościowych zdań, a potem w pośpiechu biegł do swej ukochanej. Byłą wygnankę zaczęło pomału irytować zachowanie krewniaka. Znali się od maleńkości, a łącząca ich więź była silna i niezwykła. Kovu tymczasem ją teraz boleśnie osłabiał. Vitani uświadomiła sobie, że czuje się przez niego zdradzona.Pojawił się u niej nawet żal do brązowookiej księżniczki, za to, że odebrała jej najlepszego przyjaciela i towarzysza wielu zabaw. Co prawda, nie była na Lwiej Ziemi samotna, ale w towarzystwie Simby, Nali i reszty, miewała się jakoś nieswojo, chociaż traktowali ją jako pełnoprawnego członka rodziny.
Wiatr zatańczył pokrzepiająco wokół lwicy, chcąc jakby dodać jej otuchy i siły, ale ona nie zwracała na niego najmniejszej uwagi.
Stała tak teraz sama, samiusieńka wśród pożółkłych traw sawanny, oddychając miarowo. Powieki miała opuszczone, a łeb był skierowany mocno ku dołowi. Zaczęło świtać. Oświetlona brzaskiem niebieskooka, zaczęła poważnie zastanawiać się nad swą przyszłością.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Kovu zaczął budzić się powoli i z trudem. Łeb mu wprost pękał, a wzrok jeszcze nie skupił. Po chwili, gdy obraz nabrał ostrości, stwierdził, że jest w grocie Lwiej Skały. Na zewnątrz migały do niego gwiazdy na wieczornym niebie. Nikogo innego nie było. Spróbował się podnieść, lecz napotkał opór mięśni i parę miejsc zapiekło go niemiłosiernie. Pamiętał, że padł ledwo żywy w pograniczne błoto, a teraz był bezpieczny w domu z gojącymi się ranami. Co się w ogóle działo?
- Kovu... - usłyszał nagle jęk wydany przez znajomy i tak drogi mu głos. Uniósł łeb i serce mu podskoczyło z radości na widok rudej lwicy.
- Kiara! - zawołał, a po chwili ukochana już była przy nim tuląc do siebie.
- Myślałam, że w końcu nigdy się nie obudzisz!
- Co się w ogóle działo? - spytał odsuwając łeb od jej ramienia.
- Znalazłyśmy cię na pograniczu, byłeś cały poraniony! Prawie nieżywy.. - Znów go prztuliła, jakby bała się, że zniknie.
- Spokojnie, jestem tutaj.. - Na wierzch umysłu wkradły mu się nieprzyjemne wspomnienia bordowej lwicy zwanej Divira i Hostisa, który nawet - jak wpadło teraz do głowy Kovu - nie raczył zwrócić specjalnej uwagi na swego prawie brata. Widocznie nie Kovu liczył się dla Amare, tylko jakiś inny cel.. Może Simba? To bardzo prawdopodobne. W każdym razie wygląda na to, że ma wspólników.
- Och, Kovu! - Młodzi odwrócili łby i zobaczyli kremową lwicę, błyskającą zielonkawo-niebieskimi oczami.
- Mamo, przekaż wszystkim, że już się obudził - krzyknęła ruda księżniczka.
Nala popatrzyła z rozradowaniem po córce i zięciu.Nawet ona w pewnej chwili myślała, że ta przygoda może mieć złe zakończenie. Lecz skoro Kovu ocknął się czas przejść do rzeczy. Królowa przybrała poważny wyraz.
- W tej chwili musimy zebrać naradę. Sprawa jest zbyt poważna, by dłużej czekać, Kovu wybacz, że nie masz czasu na odpoczynek. Taki jest rozkaz króla.
***
Zebranie rozpoczęło się szybciej niż Kovu mógł się spodziewać. Niedługo po wyjściu Nali, zaraz do wnętrza wpłynął tłum lwic wraz z Timonem, Pumbą i Rafikim. Starzec odszukał wzrokiem ciemnogrzywego i odebrawszy skinięcie łbem lwa, mógł być spokojny, że jego pacjent ma się dobrze. Na samym końcu wkroczył Simba z Zazu lecącym tuż przy nim. Zaległa cisza, lwice, chyląc pokornie łby w dół, rozstąpiły się przed nim, a on sam lekko skinął każdej głową. Wzrok miał pewny, wyraz oblicza spokojny i opanowany. Pełen majestatu przeszedł na środek i Kovu musiał przyznać, że mimo to, iż było to normalne przejście, to i tak władczość biła od niego całego. Po prawicy Simby usiadła Nala i dostojnie uniosła nieco do góry głowę, wyprężając się i zwijając elegancko ogon. Od razu widać czyją jest żoną. Młodego lwa naszło pytanie, czy kiedykolwiek będzie umiał tak wyglądać. Wtedy naprzód wysunął się Zazu i odchrząknął.
- Oto rozpoczynamy zebranie zwołane na rozkaz syna Mufasy, prawnuka Mohatu, potomka Wielkich Władców, jego złotej wysokości, króla Simby.
- Przejdźmy zatem do rzeczy - odezwał się Simba.
Między lwicami przeszedł szmer, a Kovu poczuł, że zaczyna się wiercić.
- Kovu... - usłyszał nagle jęk wydany przez znajomy i tak drogi mu głos. Uniósł łeb i serce mu podskoczyło z radości na widok rudej lwicy.
- Kiara! - zawołał, a po chwili ukochana już była przy nim tuląc do siebie.
- Myślałam, że w końcu nigdy się nie obudzisz!
- Co się w ogóle działo? - spytał odsuwając łeb od jej ramienia.
- Znalazłyśmy cię na pograniczu, byłeś cały poraniony! Prawie nieżywy.. - Znów go prztuliła, jakby bała się, że zniknie.
- Spokojnie, jestem tutaj.. - Na wierzch umysłu wkradły mu się nieprzyjemne wspomnienia bordowej lwicy zwanej Divira i Hostisa, który nawet - jak wpadło teraz do głowy Kovu - nie raczył zwrócić specjalnej uwagi na swego prawie brata. Widocznie nie Kovu liczył się dla Amare, tylko jakiś inny cel.. Może Simba? To bardzo prawdopodobne. W każdym razie wygląda na to, że ma wspólników.
- Och, Kovu! - Młodzi odwrócili łby i zobaczyli kremową lwicę, błyskającą zielonkawo-niebieskimi oczami.
- Mamo, przekaż wszystkim, że już się obudził - krzyknęła ruda księżniczka.
Nala popatrzyła z rozradowaniem po córce i zięciu.Nawet ona w pewnej chwili myślała, że ta przygoda może mieć złe zakończenie. Lecz skoro Kovu ocknął się czas przejść do rzeczy. Królowa przybrała poważny wyraz.
- W tej chwili musimy zebrać naradę. Sprawa jest zbyt poważna, by dłużej czekać, Kovu wybacz, że nie masz czasu na odpoczynek. Taki jest rozkaz króla.
***
Zebranie rozpoczęło się szybciej niż Kovu mógł się spodziewać. Niedługo po wyjściu Nali, zaraz do wnętrza wpłynął tłum lwic wraz z Timonem, Pumbą i Rafikim. Starzec odszukał wzrokiem ciemnogrzywego i odebrawszy skinięcie łbem lwa, mógł być spokojny, że jego pacjent ma się dobrze. Na samym końcu wkroczył Simba z Zazu lecącym tuż przy nim. Zaległa cisza, lwice, chyląc pokornie łby w dół, rozstąpiły się przed nim, a on sam lekko skinął każdej głową. Wzrok miał pewny, wyraz oblicza spokojny i opanowany. Pełen majestatu przeszedł na środek i Kovu musiał przyznać, że mimo to, iż było to normalne przejście, to i tak władczość biła od niego całego. Po prawicy Simby usiadła Nala i dostojnie uniosła nieco do góry głowę, wyprężając się i zwijając elegancko ogon. Od razu widać czyją jest żoną. Młodego lwa naszło pytanie, czy kiedykolwiek będzie umiał tak wyglądać. Wtedy naprzód wysunął się Zazu i odchrząknął.
- Oto rozpoczynamy zebranie zwołane na rozkaz syna Mufasy, prawnuka Mohatu, potomka Wielkich Władców, jego złotej wysokości, króla Simby.
- Przejdźmy zatem do rzeczy - odezwał się Simba.
Między lwicami przeszedł szmer, a Kovu poczuł, że zaczyna się wiercić.
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Amare ziewnął przeciągle. Jego partnerka leżała niedaleko liżąc rany zadane przez Kovu, z ponurym wyrazem pyska powarkując od czasu do czasu. Młodsza część "stada" gdzieś wybyła. Spojrzenie lwa było utwione w Divire, ale było ono nieobecne, Amare intensywnie myślał.
-O czym tak rozmyślasz? Czy to nie czas bardziej na działanie?!- Warknęła lwica nie zaszczycając męża spojrzeniem.
-Zajmij się lepiej sobą.- Parsknął Amare -Zawaliłaś sprawę, nie dość że mogłaś go zabić zanim by zareagował, to jeszcze prawdopodobnie go nie zabiłaś.
-Och zamknij się! Nie miałam czasu dobrze wymierzyć, poza tym, ty też nie zabiłeś Simby.- Prychnęła gniewnie Divira. -W dodatku mogłeś sam walczyć z Kovu, ale nieee, zamiast ruszyć tyłek wysłałeś mnie. Nie dość że poluję pół dnia i pół nocy żebyś sie nażarł, to jeszcze musze cie wyręczać w walce! Co z ciebie za lew?!
-Nie waż sie tak do mnie odzywać!- Ryknął poirytowany lew, zamachnął się łapą ale nie uderzył. Divire była mu potrzebna.
-Będę się do ciebie odzywać jak mi sie będzie podobało.- Mruknęła w odpowiedzi -A jeśli śmierć pupilka Simby pomogłaby w realizacji naszych planów to powiedz, chętnie dokończę to co zaczęłam.
-Kobieto! Daj mi pomyśleć w spokoju!- Po paru sekundach ciszy dodał: -Kovu może sobie jeszcze pożyć. Narazie jest unieszkodliwiony.- Lew wstał i zaczął gdzieś iść powolnym krokiem.
-Gdzie idziesz?!- Warknęła szybko Divira podnosząc rozzłoszczone oczy na męża.
-Nie twoja sprawa weź sie za polowanie, wrócę na kolację.- I odszedł w tylko sobie znanym kierunku. Przez jakiś czas do jego uszu nadal dochodziło gniewne, obfite w złorzeczenia pomrukiwanie bordowej lwicy.
-O czym tak rozmyślasz? Czy to nie czas bardziej na działanie?!- Warknęła lwica nie zaszczycając męża spojrzeniem.
-Zajmij się lepiej sobą.- Parsknął Amare -Zawaliłaś sprawę, nie dość że mogłaś go zabić zanim by zareagował, to jeszcze prawdopodobnie go nie zabiłaś.
-Och zamknij się! Nie miałam czasu dobrze wymierzyć, poza tym, ty też nie zabiłeś Simby.- Prychnęła gniewnie Divira. -W dodatku mogłeś sam walczyć z Kovu, ale nieee, zamiast ruszyć tyłek wysłałeś mnie. Nie dość że poluję pół dnia i pół nocy żebyś sie nażarł, to jeszcze musze cie wyręczać w walce! Co z ciebie za lew?!
-Nie waż sie tak do mnie odzywać!- Ryknął poirytowany lew, zamachnął się łapą ale nie uderzył. Divire była mu potrzebna.
-Będę się do ciebie odzywać jak mi sie będzie podobało.- Mruknęła w odpowiedzi -A jeśli śmierć pupilka Simby pomogłaby w realizacji naszych planów to powiedz, chętnie dokończę to co zaczęłam.
-Kobieto! Daj mi pomyśleć w spokoju!- Po paru sekundach ciszy dodał: -Kovu może sobie jeszcze pożyć. Narazie jest unieszkodliwiony.- Lew wstał i zaczął gdzieś iść powolnym krokiem.
-Gdzie idziesz?!- Warknęła szybko Divira podnosząc rozzłoszczone oczy na męża.
-Nie twoja sprawa weź sie za polowanie, wrócę na kolację.- I odszedł w tylko sobie znanym kierunku. Przez jakiś czas do jego uszu nadal dochodziło gniewne, obfite w złorzeczenia pomrukiwanie bordowej lwicy.
avek by Laura-comics
ex favilla patria sacra
ex favilla patria sacra
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Vesario i Morani Hostis szli obok koryta rzecznego, uważając, aby nie wyjść za dozwolony dla nich teren. Mieszkanie w jednym miejscu na granicy nie było zbyt ciekawe dla młodych. Ulokowali się przy rzece, niedaleko ziem Pustkowi. Matka, gdy szła na polowanie kierowała się bliżej Lwiej Ziemi, lecz ostrożnie, aby przypadkiem nie znaleźć się w krainie Lwioziemców. Divira często zabierała dzieci ze sobą, ucząc podstaw łowów. Pod tym względem lwiątka na pewno były lepsze od przeciętnych młodych. W wolnych chwilach trenowali walkę, matka uczyła ich różnych trików, pokazywała jak najłatwiej powalać przeciwnika, gdzie najlepiej drapać i gryźć.Zabroniono im zawiązywać przyjaźni z jakimikolwiek lwiątkami, nie wolno im było nikomu ufać. Podczas regularnych treningów nie mogły nawet pomyśleć o zabawie. Ojciec niewiele wkładał w ich wychowanie, jedynie powtarzał, iż cel uświęca środki i żeby zawsze parli do upragnionego. Taką filozofię życia miały wpojone dzieci Diviry i Amare. A teraz lekkim truchtem pomykały wzdłuż linii brzegu. Gdyby tak przyjrzeć im się bardziej, można byłoby dostrzec, że wcale nie przypominają lwiątek. Choć z budowy i wyglądu nimi były, to spojrzenie obojgu należało do dorosłego osobnika. Ich oczy pozbawione były radosnej iskry i chęci zabawy. Rzadko kiedy na pyszczkach gościł uśmiech. Mordki przypominały słodką dziecięcą buzię o zobojętniałym, wręcz smutnym wyrazie. Patrzyły na wszystko nie z zaciekawieniem, tylko z uwagą, chłodno analizując każdy szczegół. Poznawały i uczyły się tylko po to, aby osiągnąć postawiony im cel. Bracia nie zastanawiali się, czy to słuszne. Od maleńkości wychowywali się z myśleniem, że do tego zostali powołani i dlatego się narodzili. W pewnym momencie Morani przystanął.
- Czas wracać, Vesario - oznajmił bratu, mówiąc jakby od niechcenia. Młodszy jedynie skinął głową.
Lwiątka poczęły kierować się do domu, lecz jakoś ich chód nie był już taki pośpieszny. Mogło się wydawać, że nie chciały wracać do świata ćwiczeń i nauki. Może tak było. Ale jeśli tak, to nie wiedzieli o tym.
- Czas wracać, Vesario - oznajmił bratu, mówiąc jakby od niechcenia. Młodszy jedynie skinął głową.
Lwiątka poczęły kierować się do domu, lecz jakoś ich chód nie był już taki pośpieszny. Mogło się wydawać, że nie chciały wracać do świata ćwiczeń i nauki. Może tak było. Ale jeśli tak, to nie wiedzieli o tym.
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
Dwójka podrostków szła flegmatycznym krokiem przed siebie w całkowitym milczeniu. Chłodny wiatr owiewał ich wiecznie niewzruszone mordy i pieścił dynamicznie obfite zaczątki czarnych grzyw. Mrok osłaniał ich harmonijne, umięśnione sylwetki, przesuwające się powoli naprzód. Jedynie różnokolorowe ślepia obu samców lśniły ponuro w odbijanym od nich świetle gwiazd. Morani i Vesario wyglądali niczym dwa zdradliwe cienie sunące pośród znikomej flory tutejszych surowych terenów. Mimo potencjalnego zagrożenia ze strony innych drapieżników, na przykład hien, nie czuli strachu. Chociaż byli dopiero w wieku nastoletnim, przeżyli wiele potyczek z tymi padlinożercami. W niejednej też brali udział, wychodząc rzecz jasna zwycięsko. Matka była z nich zawsze dumna, ale jej pochwały nie robiły na nich wrażenia. Dla młodych samców jej wywody brzmiały po prostu sztucznie i nie pasowały do jej mentalności. Ojciec nigdy nie powiedział do nich nic miłego. Był bardzo oszczędny w słowach, choć raczej bardziej pasowałoby tu określenie 'skąpy', lecz czemu tu się dziwić? Nie miał nawet do tego podstaw. Wiedzieli, że nie kocha ani ich, ani matki. Nikogo. Miłość? Oni nie znali nawet takiego słowa. Bardzo dawno, w czasach dzieciństwa zostało ono brutalnie wydarte z ich słownika, aczkolwiek młodzieńcy tego nie żałowali. Słyszeli nieraz, jak Amare często powtarza, że miłość ogłupia i prowadzi na złe ścieżki, więc nawet nie chcieli o niej myśleć.
- Morani - sapnął cicho Vesario oziębłym tonem, nie spoglądając jednak na brata.
Starszy lew spojrzał nań pytająco, choć z pewną domieszką dozy zniechęcenia.
Młodszy lew przystanął.
- Wracaj sam, ja pokręcę się jeszcze po terenach - oznajmił nieco ochryple.
Tak jak przypuszczał, na Moranim jego słowa nie wywarły nawet znikomego wrażenia.
- Rób, co chcesz - rzucił niedbale tamten, wzruszywszy ramionami. Brązowy, nie odwracając się, podreptał w stronę niewielkiej groty, umiejscowionej kilkadziesiąt metrów od nich.
Vesario stał przez chwilę w miejscu, obserwując oddalającego się, a wkrótce znikającego we wnętrzu jaskini brata. Postanowił sobie, że dzisiejszą noc spędzi w samotności, z dala od wszystkich. Z nieodgadnionym wyrazem mordy, zaczął iść ku majestatycznie wznoszącej się potężnej skale - Krwawemu Obeliskowi.
- Morani - sapnął cicho Vesario oziębłym tonem, nie spoglądając jednak na brata.
Starszy lew spojrzał nań pytająco, choć z pewną domieszką dozy zniechęcenia.
Młodszy lew przystanął.
- Wracaj sam, ja pokręcę się jeszcze po terenach - oznajmił nieco ochryple.
Tak jak przypuszczał, na Moranim jego słowa nie wywarły nawet znikomego wrażenia.
- Rób, co chcesz - rzucił niedbale tamten, wzruszywszy ramionami. Brązowy, nie odwracając się, podreptał w stronę niewielkiej groty, umiejscowionej kilkadziesiąt metrów od nich.
Vesario stał przez chwilę w miejscu, obserwując oddalającego się, a wkrótce znikającego we wnętrzu jaskini brata. Postanowił sobie, że dzisiejszą noc spędzi w samotności, z dala od wszystkich. Z nieodgadnionym wyrazem mordy, zaczął iść ku majestatycznie wznoszącej się potężnej skale - Krwawemu Obeliskowi.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
- Tylko te polowania i polowania. - prychała z niezadowoleniem bordowa lwica, spoglądając ukradkiem ku niedawno upolowanej, leżącej w rogu jaskini młodej zebrze. - Niech szlag jasny trafi tego Amare, jeśli jeszcze raz gdzieś sobie polezie i zostawi mnie z tym wszystkim samą!
Dalszą, okazywaną w ten sposób frustrację Diviry zakłócił nagły powrót starszego z braci, Moraniego.
- Hmm... - Divira zmierzyła młodego samca przenikliwym spojrzeniem. - Gdzie twój brat?
- Mało mnie to interesuje- odburknął tamten. - Pewnie się gdzieś szlaja.
Samica z głośnym westchnięciem wzniosła oczy ku niebu. Pomyślała, że los okrutnie ją pokarał, obdarzając ją dwoma potomkami płci męskiej. Lepsza już byłaby córka. O tak, z niej Divira miałaby przynajmniej jakiś pożytek. Teraz musi sama karmić trzech obiboków. Do czego to doszło? Samica w milczeniu obserwowała swojego syna, który teraz wygodnie ułożył się niedaleko zdobyczy.
- Kiedy wróci Amare? Jestem głodny. - oznajmił sucho Morani, wodząc łakomym wzrokiem po smakowitym ciele zebry.
- Skąd mam wiedzieć? Hostis jeszcze nigdy z niczego mi się nie spowiadał. - prychnęła z niezadowoleniem bordowa lwica. - Jeśli jesteś głodny, to możesz sam coś sobie upolować lub ewentualnie posilić się częścią tego - tu Divira wskazała łbem na martwego pasiastego roślinożercę - i zaryzykować życie.
Na pysku Moraniego pojawił się grymas niezadowolenia i narastającej irytacji. Od zarania dziejów był mu wiadomy fakt, iż Amare Hostis sztywno trzymał się reguły, że podczas posiłku pierwsi winni posilać się przywódcy, następnie lwice, a na końcu młode. Inna kolejność była niedopuszczalna. A jeśli ktoś złamał tę regułę, musiał się liczyć z przykrymi konsekwencjami swego czynu.
- Durne zasady - mruknął gniewnie pod nosem, nie odważywszy się jednak nawet podejść do dania.
- Dura lex, sed lex - rzuciła kpiąco Divira i zabrała się za staranne czyszczenie futra na przednich łapach.
Tymczasem do wnętrza jaskini dumnym krokiem wkroczył nie kto inny, jak Amare Hostis. Nie obdarzywszy nikogo z obecnych nawet przelotnym spojrzeniem, od razu skierował swe kroki ku zebrze.
- Żebyś się udławił. - pomyślał ze złością Morani, patrząc kątem oka jak jego domniemany ojciec zajada się zdobyczą matki. Nadejdzie jeszcze taki dzień, gdy młody lew pokaże temu zadufanemu w sobie bufonowi, gdzie jest jego miejsce w szeregu. To tylko kwestia czasu.
Dalszą, okazywaną w ten sposób frustrację Diviry zakłócił nagły powrót starszego z braci, Moraniego.
- Hmm... - Divira zmierzyła młodego samca przenikliwym spojrzeniem. - Gdzie twój brat?
- Mało mnie to interesuje- odburknął tamten. - Pewnie się gdzieś szlaja.
Samica z głośnym westchnięciem wzniosła oczy ku niebu. Pomyślała, że los okrutnie ją pokarał, obdarzając ją dwoma potomkami płci męskiej. Lepsza już byłaby córka. O tak, z niej Divira miałaby przynajmniej jakiś pożytek. Teraz musi sama karmić trzech obiboków. Do czego to doszło? Samica w milczeniu obserwowała swojego syna, który teraz wygodnie ułożył się niedaleko zdobyczy.
- Kiedy wróci Amare? Jestem głodny. - oznajmił sucho Morani, wodząc łakomym wzrokiem po smakowitym ciele zebry.
- Skąd mam wiedzieć? Hostis jeszcze nigdy z niczego mi się nie spowiadał. - prychnęła z niezadowoleniem bordowa lwica. - Jeśli jesteś głodny, to możesz sam coś sobie upolować lub ewentualnie posilić się częścią tego - tu Divira wskazała łbem na martwego pasiastego roślinożercę - i zaryzykować życie.
Na pysku Moraniego pojawił się grymas niezadowolenia i narastającej irytacji. Od zarania dziejów był mu wiadomy fakt, iż Amare Hostis sztywno trzymał się reguły, że podczas posiłku pierwsi winni posilać się przywódcy, następnie lwice, a na końcu młode. Inna kolejność była niedopuszczalna. A jeśli ktoś złamał tę regułę, musiał się liczyć z przykrymi konsekwencjami swego czynu.
- Durne zasady - mruknął gniewnie pod nosem, nie odważywszy się jednak nawet podejść do dania.
- Dura lex, sed lex - rzuciła kpiąco Divira i zabrała się za staranne czyszczenie futra na przednich łapach.
Tymczasem do wnętrza jaskini dumnym krokiem wkroczył nie kto inny, jak Amare Hostis. Nie obdarzywszy nikogo z obecnych nawet przelotnym spojrzeniem, od razu skierował swe kroki ku zebrze.
- Żebyś się udławił. - pomyślał ze złością Morani, patrząc kątem oka jak jego domniemany ojciec zajada się zdobyczą matki. Nadejdzie jeszcze taki dzień, gdy młody lew pokaże temu zadufanemu w sobie bufonowi, gdzie jest jego miejsce w szeregu. To tylko kwestia czasu.
Av i sygna:
Base: Savu0211 and whitetigerdelight
Kolor i postać: Moje
Multi Shav i Ombre

,,Dla sowieckiego żołnierza ucieczka z pola walki wymaga więcej odwagi niż stanięcie do niej!"
~J. Stalin
Base: Savu0211 and whitetigerdelight
Kolor i postać: Moje
Multi Shav i Ombre

,,Dla sowieckiego żołnierza ucieczka z pola walki wymaga więcej odwagi niż stanięcie do niej!"
~J. Stalin
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
- Po pierwsze, nikomu bez wiedzy mojej lub Nali nie wolno opuszczać Lwiej Ziemi, ani zbytnio zbliżać się do granicy. Nikomu nie wolno chodzić samemu - walka pojedyńczo z...nimi...jak zdążyliśmy się już przekonać nie kończy się dobrze. - Powiedział Simba jednocześnie zastanawiając się nad dalszymi krokami które należy podjąć. Lwice zgromadzone wokół jak i Kovu czuli się jakoś nieswojo, tak silne stado obawia się zaledwie garstki wygnańców ?
- Nie damy się już zaskoczyć, cały dzień i noc na Lwiej Skale czuwać będą straże, a całą Lwią Ziemię będą patrolować trzyosobowe grupy. Patrolujący jak i obserwatorzy będą zmieniać się z tymi którzy odpoczywali lub polowali. A teraz...podsumujmy nasze informacje dotyczące...
- Jak to ? Mamy tu siedzieć jak w oblężeniu przez parę wygnańców ? Wasza wysokość z całym szacunkiem... - Zaczął Kovu z nutką wściekłości w głosie.
- Nie możemy ryzykować...jeszcze nie. Musimy znaleźć ich kryjówkę nie narażając nikogo ze stada. Ci wygnańcy są groźni. Kiedy będziemy wiedzieć gdzie się ukrywają zbierzemy grupę na czele ze mną...i jeśli nic ci nie będzie to również z tobą Kovu. Wtedy nam zapłacą. Wracając... - Simba wstał z miejsca na którym siedział i stanął na środku kręgu w którym zebrali się członkowie stada.
- Amare Hostis...tak się nazywa. Prawdopodobnie jest synem Skazy, towarzyszy mu co najmniej jedna lwica zwana V-- , oboje są bardzo niebezpieczni i warto nadmienić że prawdopodobnie jest ich więcej. Żyją dość niedaleko za granicą dlatego obowiązuje całkowity zakaz wychodzenia za nią. Zebranie uważam za zamknięte. Nala, proszę wybierz nasze najlepsze łowczynie do patrolowania, Vitani...będzie nimi dowodzić.
- Simba, ufam że...- Zaczął znów Kovu.
- ...niedługo ruszymy. - Odpowiedział król.
- Nie damy się już zaskoczyć, cały dzień i noc na Lwiej Skale czuwać będą straże, a całą Lwią Ziemię będą patrolować trzyosobowe grupy. Patrolujący jak i obserwatorzy będą zmieniać się z tymi którzy odpoczywali lub polowali. A teraz...podsumujmy nasze informacje dotyczące...
- Jak to ? Mamy tu siedzieć jak w oblężeniu przez parę wygnańców ? Wasza wysokość z całym szacunkiem... - Zaczął Kovu z nutką wściekłości w głosie.
- Nie możemy ryzykować...jeszcze nie. Musimy znaleźć ich kryjówkę nie narażając nikogo ze stada. Ci wygnańcy są groźni. Kiedy będziemy wiedzieć gdzie się ukrywają zbierzemy grupę na czele ze mną...i jeśli nic ci nie będzie to również z tobą Kovu. Wtedy nam zapłacą. Wracając... - Simba wstał z miejsca na którym siedział i stanął na środku kręgu w którym zebrali się członkowie stada.
- Amare Hostis...tak się nazywa. Prawdopodobnie jest synem Skazy, towarzyszy mu co najmniej jedna lwica zwana V-- , oboje są bardzo niebezpieczni i warto nadmienić że prawdopodobnie jest ich więcej. Żyją dość niedaleko za granicą dlatego obowiązuje całkowity zakaz wychodzenia za nią. Zebranie uważam za zamknięte. Nala, proszę wybierz nasze najlepsze łowczynie do patrolowania, Vitani...będzie nimi dowodzić.
- Simba, ufam że...- Zaczął znów Kovu.
- ...niedługo ruszymy. - Odpowiedział król.
Multi Lazaretha :3
Avatar -
http://madkakerlaken.deviantart.com/
Dzięki ! :3
Gdzie siekiery?!
Wyruszam po Królestwo!
Będę szczery - zamierzam zostać bestią!
Może BOGIEM? Kto wie?
Tuż za rogiem królestwo czeka mnie.
Avatar -
http://madkakerlaken.deviantart.com/
Dzięki ! :3
Gdzie siekiery?!
Wyruszam po Królestwo!
Będę szczery - zamierzam zostać bestią!
Może BOGIEM? Kto wie?
Tuż za rogiem królestwo czeka mnie.
Re: Widmo nad Lwią Ziemią - opowiadanie zbiorowe
***
Vesario parł naprzód, przed siebie. Sucha ziemia trzeszczała pod jego potężnymi, umięśnionymi łapami, wydając nieprzyjemny dla uszu odgłos. Na młodym lwie nie robiło to jednak żadnego wrażenia. Z kamiennym wyrazem pyska podążał swoją drogą w kierunku obranego przez siebie celu. Osadzony na podłożu pył, choć niewidoczny w mrokach nocy, z każdym kolejnym krokiem samca majestatycznie wzniecał się w górę, po czym równie szybko opadał z powrotem na dół. Ta noc była wyjątkowo ciemna. Nocne niebo spowite było gęstą siecią chmur, które wzorowo nie przepuszczały chociażby odrobiny księżycowego światła na ziemię. Jednak i to nie stanowiło dla nastoletniego drapieżcy żadnego problemu. Czujny wzrok podrostka z należytą uwagą taksował ponurą okolicę. Vesario wiedział, iż choć były to Pustkowia w pełnym tego słowa znaczeniu, to jednak niebezpieczeństwo czaiło się wokół, czekając na nieostrożnych podróżnych, by z zaskoczenia powziąć ich w swe szpony. Często słyszał jak ojciec naigrywał się z lwów, których otumanienie i wrażenie pozornego bezpieczeństwa zaprowadziły na smutną ścieżkę śmierci.
- Głupcy. - kwitował w myślach Vesario, ilekroć wysłuchał takowej ojcowskiej opowieści i obiecywał sobie samemu, że on sam nigdy nie zasili szeregów tej bandy idiotów. Jak dotąd skutecznie się mu to udawało.
***
Gdy dotarł do Krwawego Obelisku, okolicę nadal spowijał nieprzenikniony całun ciemności. W dodatku, gdzie okiem sięgnąć, nigdzie nie było śladu żadnej żywej duszy.
- Upiornie. - pomyślał młodzian i jednocześnie uśmiechnął się szelmowsko. Uwielbiał ten prawdziwie mroczny klimat, jak nic innego na świecie.
Chciał podjąć trud wspinaczki i wdrapać się na sam szczyt rosłej skały, jednak coś mu to udaremniło. Vesario zmarszczył brwi. W oddali rysowała się sylwetka jakiegoś zwierzęcia. Stworzenie szło w jego stronę. Młodzieniec niezwłocznie przyparł swe ciało do ziemi, by pozostać niezauważonym i wytężył wzrok. Powoli rozpoznał w przybliżającej się postaci lwie kształty. Smukłą, dojrzałą lwicą, jak ustalił Vesario, okazała się być Vitani (o czym nasz bohater naturalnie nie wiedział, wszak nigdy nie doznał zaszczytu spotkania tejże osobistości). Podrostek postanowił nieco bliżej przyjrzeć się przybyszce.
Vesario parł naprzód, przed siebie. Sucha ziemia trzeszczała pod jego potężnymi, umięśnionymi łapami, wydając nieprzyjemny dla uszu odgłos. Na młodym lwie nie robiło to jednak żadnego wrażenia. Z kamiennym wyrazem pyska podążał swoją drogą w kierunku obranego przez siebie celu. Osadzony na podłożu pył, choć niewidoczny w mrokach nocy, z każdym kolejnym krokiem samca majestatycznie wzniecał się w górę, po czym równie szybko opadał z powrotem na dół. Ta noc była wyjątkowo ciemna. Nocne niebo spowite było gęstą siecią chmur, które wzorowo nie przepuszczały chociażby odrobiny księżycowego światła na ziemię. Jednak i to nie stanowiło dla nastoletniego drapieżcy żadnego problemu. Czujny wzrok podrostka z należytą uwagą taksował ponurą okolicę. Vesario wiedział, iż choć były to Pustkowia w pełnym tego słowa znaczeniu, to jednak niebezpieczeństwo czaiło się wokół, czekając na nieostrożnych podróżnych, by z zaskoczenia powziąć ich w swe szpony. Często słyszał jak ojciec naigrywał się z lwów, których otumanienie i wrażenie pozornego bezpieczeństwa zaprowadziły na smutną ścieżkę śmierci.
- Głupcy. - kwitował w myślach Vesario, ilekroć wysłuchał takowej ojcowskiej opowieści i obiecywał sobie samemu, że on sam nigdy nie zasili szeregów tej bandy idiotów. Jak dotąd skutecznie się mu to udawało.
***
Gdy dotarł do Krwawego Obelisku, okolicę nadal spowijał nieprzenikniony całun ciemności. W dodatku, gdzie okiem sięgnąć, nigdzie nie było śladu żadnej żywej duszy.
- Upiornie. - pomyślał młodzian i jednocześnie uśmiechnął się szelmowsko. Uwielbiał ten prawdziwie mroczny klimat, jak nic innego na świecie.
Chciał podjąć trud wspinaczki i wdrapać się na sam szczyt rosłej skały, jednak coś mu to udaremniło. Vesario zmarszczył brwi. W oddali rysowała się sylwetka jakiegoś zwierzęcia. Stworzenie szło w jego stronę. Młodzieniec niezwłocznie przyparł swe ciało do ziemi, by pozostać niezauważonym i wytężył wzrok. Powoli rozpoznał w przybliżającej się postaci lwie kształty. Smukłą, dojrzałą lwicą, jak ustalił Vesario, okazała się być Vitani (o czym nasz bohater naturalnie nie wiedział, wszak nigdy nie doznał zaszczytu spotkania tejże osobistości). Podrostek postanowił nieco bliżej przyjrzeć się przybyszce.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości
