Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Prolog
Srebrny sierp księżyca zawisł na granatowym niebie, opromieniając delikatnym światłem żyzne, zielone tereny Lwiej Ziemi. Jednak jego blask był jakiś...inny. Ponury. Gwiazdy też świeciły jakby mniej intensywnie. Zdawałoby się, że ciała niebieskie wspólnie ubolewały nad tragedią, która miała miejsce jeszcze kilka godzin temu.
Była to smutna noc w życiu Sarabi i stada Lwiej Ziemi, kto wie, czy nawet nie najsmutniejsza. Oto bowiem król Mufasa, znamienity władca tutejszych terenów, zginął w wąwozie, stratowany przez antylopy, gdy ratował swego jedynego syna, następcę lwiego tronu, Simbę. Wspinając się po stromej skale, nieszczęśliwie poślizgnął się i osunął w dół. Niestety, los nie był mu przyjazny. Monarchę, próbującego się podciągnąć do góry, opuściły nagle siły. Dodatkowo wykonał nieprecyzyjny ruch, który okazał się zabójczy w skutkach. Mufasa, nie zdążywszy się nawet pożegnać ze światem, spadł z głośnym rykiem w dół. Upadek z tej wysokości zaliczał się do śmiertelnych, a gdyby nawet stał się cud i brązowogrzywy przeżył, to byłoby pewne, iż byłby straszliwie poraniony, tak że pewnie padłby po kilku dniach z wyczerpania i stopniowemu wykrwawieniu się. Jednakowoż, pozostawała jeszcze kwestia antylop. Rogate zwierzęta nie zważały na ewentualną przeszkodę. Biegnące w szaleńczym biegu, tratowały wszystko, co napotkały na swej drodze, nie patrząc czy to suche kikuty drzew, czy istoty żywe. Dudniące o ziemię twarde kopyta, zwiastowały późniejszy iście makabryczny widok. Tak przynajmniej twierdził królewski brat, lew Skaza, który ponoć osobiście widział przebieg tego krwawego dramatu.
Na pytanie, co z Simbą, oszpecony przez bliznę na lewym oku krewniak Mufasy, zasępił się jeszcze bardziej. Widać było, iż szuka w myślach odpowiednich słów, aby odpowiedzieć na to pytanie. W końcu ozwał się, iż książę został stratowany przez rogatych roślinożerców, ale pośród zgiełku panującego na dole, a także już po nim, nie sposób było odnaleźć ciała lwiątka. Samiec snuł insynuacje, że mogło nabić się na rogi albo któreś z kopyt antylop, a te mogły je wynieść hen daleko przed siebie. Taki właśnie opis tego zdarzenia przedstawił brązowy lew z blizną na oku. Zabronił również lwicom schodzić na dno wąwozu, zwłaszcza tyczyło się to Sarabi. Tłumaczył, iż małżonka mogłaby nie znieść widoku brutalnie pokaleczonego ciała władcy.
Następnym krokiem poczynionym przez czarnogrzywego, było ogłoszenie się królem, aby królestwo nie rozsypało się w ruinę. Lwice nie miały innego wyjścia, jak zaakceptować jego decyzję. Może Skaza okaże się królem równie dobrym jak Mufasa? Pocieszały się w myślach. Nowo upieczony władca zarządził również nowe prawa. W tym celu wszedł na czubek potężnej, wznoszącej się dumnie Lwiej Skały, która od pokoleń służyła dawnym władcom za dom i za punkt informacyjny. Pierwszym postulatem okazało się przyjęcie do stada hien. Samiec z blizną tłumaczył to tak, iż lwicom w tym trudnym czasie przyda się wsparcie podczas polowań. Padlinożercy, według monarchy, stanowili też dobry oddział strażniczy, gdyby ktoś odważył się zaatakować królestwo, co dla Sarabi i reszty było kompletnym absurdem, gdyż od czasów Mohatu zdarzyła się tylko jedna większa wojna. Polityka Mufasy, tak jak jego wspaniałego dziada, opierała się na szczeblach pokojowych. Tragicznie zmarły król był światły i umiał załagodzić niemal każdy konflikt, a więc logiczne było, iż Lwia Ziemia za jego mądrych rządów nie miała zbyt wielu wrogów.
- Zarządza się - brzmiał dalej donośny głos władcy - Aby lwiątka płci męskiej, po przejściu w wiek nastoletni opuszczały stado, w przeciwnym razie zostaną zabite.
Okolicę przeszył radosny jazgot hien, natomiast lwice spojrzały po sobie zaniepokojone. Ich pierwotne, optymistyczne myśli o sposobie rządzenia Skazy runęły jak kostki domino.
- Poddani nie mają prawa wtrącać się w politykę władzy pod groźbą dotkliwych kar - dyktował dalej z góry brązowy.
Postulatów było jeszcze kilka, przykładowo monarcha zabronił używania imion, takich jak "Mufasa" czy "Simba", zwłaszcza w jego obecności. Twierdził, iż jest to spowodowane troską o stan psychiczny poddanych, jak i jego samego. Jego zdaniem, nie warto było spoglądać za siebie, tylko iść z wzrokiem utkwionym stale przed siebie, ku znakomitej przyszłości, jak mawiał.
Niedawna królowa nie mogła w to wszystko uwierzyć, stała z rozdziawionymi z niedowierzania ustami. Po zakończeniu przemówienia Skazy, postanowiła raz jeszcze zapytać o to wszystko Zazu, który był podobno świadkiem zdarzenia, jednak dzioborożec zasłaniał się zanikiem pamięci.
- O, Sarabi... Nadchodzą bardzo złe czasy - powiedziała smutno Sarafina, spoglądając ku sylwetce Skazy, znikającej w odmętach ciemności u wejścia do wnętrza Lwiej Skały, hieny posłusznie ułożyły się na zewnątrz jaskini, błyszcząc raz po raz ostrymi kłami w stronę załamanych lwic.
- Nie traćmy nadziei, moje drogie - rzekła do swoich poddanych lwica o ciemnej sierści - Nawet na czarnym, pochmurnym niebie musi kiedyś zabłysnąć jasna gwiazda, zwiastująca lepsze czasy - powiedziała, chcąc dodać swoim towarzyszkom otuchy.
Powiedziała to tak przekonująco i z taką pewnością, że na mordkach zgromadzonych wokół niej samic pojawiły się słabe uśmiechy. Oczy lwic pełne nadziei zwróciły się ku intensywnie granatowemu niebu, jakby oczekując stamtąd jakiegoś znaku. Znaku lepszego jutra.
W międzyczasie, wśród niezliczonej rzeszy gwiazd, pojawiła się jeszcze jedna, świecąca niespotykanie jasnym blaskiem. Zdało się, że tylko Sarabi ją dojrzała. Posłała ku niej tęskne spojrzenie opuchniętych już nieco od smutku oczu. W duszy królowej pojawiła się prośba.
- Och, Mufaso... Nie daj nam zginąć. Ciało niebieskie, jakby usłyszawszy niemy przekaz, zamigotało gwałtownie parę razy. Brązowooka uznała to za pozytywną odpowiedź. Jej serce, choć nadal krwawiło, nieco uspokoiło się. Wokół jej osoby zatańczył nagle ciepły powiew wiatru, który oplótł ją w pocieszającym uścisku, po czym rozproszył się w różne strony, smagając delikatnie sylwetki pozostałych członków dumy. Jednak tylko partnerka byłego króla wiedziała, iż jest to niezwykła forma otuchy, ofiarowana przez jej ukochanego. Tej nocy Sarabi długo patrzyła w niebo, spoglądając w gwiezdne postaci Wielkich Królów z przeszłości, a dokładniej w kierunku osoby jednego z nich. Nie wiedziała, że na przyjście zbawiennej gwiazdy, która wybawi ją i jej stado z łap tyrana, będzie musiała jeszcze trochę poczekać.
Tymczasem Skaza, rozwalony na całej długości wzniesienia, które zajmowali do spania królowie i ich partnerki, już nie mógł doczekać się poranka. Z ekscytacji nie mógł zasnąć. W końcu spełniły się jego marzenia. Co z tego, że za cenę zabicia znienawidzonego brata i jego syna? Raz dał ostrzeżenie Mufasie, aby ten go nie lekceważył. Nie posłuchał i za to zapłacił. Bynajmniej, nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. Był typem, który spełniał własne marzenia za wszelką cenę, inni zwykli nadawać takim osobom miano okrutnika, ale brązowemu odpowiadał taki tytuł. Budził respekt. Lew przymknął powoli swoje zielone ślepia i z podłym uśmiechem zaczął powoli zasypiać. Będzie tu królował przez długi czas i nikt mu tej władzy nie odbierze. Najważniejsze, aby nikt nie dowiedział się nigdy o jego tajemnicy, ale o to Skaza był już spokojny. Mufasa i Simba zginęli, Zazu po bliskim spotkaniu ze skałą, nic nie pamiętał. Kto inny mógłby donieść o jego niewinnym przewinieniu? Antylopy? Dobre sobie. Z tą optymistyczną dla niego myślą zapadł w sen, nie wiedząc, jak bardzo niepoprawny jest tok jego rozumowania. Nie przypuszczał, że za swoje tamtejsze, jak i przyszłe błędy będzie musiał krwawo zapłacić.
Srebrny sierp księżyca zawisł na granatowym niebie, opromieniając delikatnym światłem żyzne, zielone tereny Lwiej Ziemi. Jednak jego blask był jakiś...inny. Ponury. Gwiazdy też świeciły jakby mniej intensywnie. Zdawałoby się, że ciała niebieskie wspólnie ubolewały nad tragedią, która miała miejsce jeszcze kilka godzin temu.
Była to smutna noc w życiu Sarabi i stada Lwiej Ziemi, kto wie, czy nawet nie najsmutniejsza. Oto bowiem król Mufasa, znamienity władca tutejszych terenów, zginął w wąwozie, stratowany przez antylopy, gdy ratował swego jedynego syna, następcę lwiego tronu, Simbę. Wspinając się po stromej skale, nieszczęśliwie poślizgnął się i osunął w dół. Niestety, los nie był mu przyjazny. Monarchę, próbującego się podciągnąć do góry, opuściły nagle siły. Dodatkowo wykonał nieprecyzyjny ruch, który okazał się zabójczy w skutkach. Mufasa, nie zdążywszy się nawet pożegnać ze światem, spadł z głośnym rykiem w dół. Upadek z tej wysokości zaliczał się do śmiertelnych, a gdyby nawet stał się cud i brązowogrzywy przeżył, to byłoby pewne, iż byłby straszliwie poraniony, tak że pewnie padłby po kilku dniach z wyczerpania i stopniowemu wykrwawieniu się. Jednakowoż, pozostawała jeszcze kwestia antylop. Rogate zwierzęta nie zważały na ewentualną przeszkodę. Biegnące w szaleńczym biegu, tratowały wszystko, co napotkały na swej drodze, nie patrząc czy to suche kikuty drzew, czy istoty żywe. Dudniące o ziemię twarde kopyta, zwiastowały późniejszy iście makabryczny widok. Tak przynajmniej twierdził królewski brat, lew Skaza, który ponoć osobiście widział przebieg tego krwawego dramatu.
Na pytanie, co z Simbą, oszpecony przez bliznę na lewym oku krewniak Mufasy, zasępił się jeszcze bardziej. Widać było, iż szuka w myślach odpowiednich słów, aby odpowiedzieć na to pytanie. W końcu ozwał się, iż książę został stratowany przez rogatych roślinożerców, ale pośród zgiełku panującego na dole, a także już po nim, nie sposób było odnaleźć ciała lwiątka. Samiec snuł insynuacje, że mogło nabić się na rogi albo któreś z kopyt antylop, a te mogły je wynieść hen daleko przed siebie. Taki właśnie opis tego zdarzenia przedstawił brązowy lew z blizną na oku. Zabronił również lwicom schodzić na dno wąwozu, zwłaszcza tyczyło się to Sarabi. Tłumaczył, iż małżonka mogłaby nie znieść widoku brutalnie pokaleczonego ciała władcy.
Następnym krokiem poczynionym przez czarnogrzywego, było ogłoszenie się królem, aby królestwo nie rozsypało się w ruinę. Lwice nie miały innego wyjścia, jak zaakceptować jego decyzję. Może Skaza okaże się królem równie dobrym jak Mufasa? Pocieszały się w myślach. Nowo upieczony władca zarządził również nowe prawa. W tym celu wszedł na czubek potężnej, wznoszącej się dumnie Lwiej Skały, która od pokoleń służyła dawnym władcom za dom i za punkt informacyjny. Pierwszym postulatem okazało się przyjęcie do stada hien. Samiec z blizną tłumaczył to tak, iż lwicom w tym trudnym czasie przyda się wsparcie podczas polowań. Padlinożercy, według monarchy, stanowili też dobry oddział strażniczy, gdyby ktoś odważył się zaatakować królestwo, co dla Sarabi i reszty było kompletnym absurdem, gdyż od czasów Mohatu zdarzyła się tylko jedna większa wojna. Polityka Mufasy, tak jak jego wspaniałego dziada, opierała się na szczeblach pokojowych. Tragicznie zmarły król był światły i umiał załagodzić niemal każdy konflikt, a więc logiczne było, iż Lwia Ziemia za jego mądrych rządów nie miała zbyt wielu wrogów.
- Zarządza się - brzmiał dalej donośny głos władcy - Aby lwiątka płci męskiej, po przejściu w wiek nastoletni opuszczały stado, w przeciwnym razie zostaną zabite.
Okolicę przeszył radosny jazgot hien, natomiast lwice spojrzały po sobie zaniepokojone. Ich pierwotne, optymistyczne myśli o sposobie rządzenia Skazy runęły jak kostki domino.
- Poddani nie mają prawa wtrącać się w politykę władzy pod groźbą dotkliwych kar - dyktował dalej z góry brązowy.
Postulatów było jeszcze kilka, przykładowo monarcha zabronił używania imion, takich jak "Mufasa" czy "Simba", zwłaszcza w jego obecności. Twierdził, iż jest to spowodowane troską o stan psychiczny poddanych, jak i jego samego. Jego zdaniem, nie warto było spoglądać za siebie, tylko iść z wzrokiem utkwionym stale przed siebie, ku znakomitej przyszłości, jak mawiał.
Niedawna królowa nie mogła w to wszystko uwierzyć, stała z rozdziawionymi z niedowierzania ustami. Po zakończeniu przemówienia Skazy, postanowiła raz jeszcze zapytać o to wszystko Zazu, który był podobno świadkiem zdarzenia, jednak dzioborożec zasłaniał się zanikiem pamięci.
- O, Sarabi... Nadchodzą bardzo złe czasy - powiedziała smutno Sarafina, spoglądając ku sylwetce Skazy, znikającej w odmętach ciemności u wejścia do wnętrza Lwiej Skały, hieny posłusznie ułożyły się na zewnątrz jaskini, błyszcząc raz po raz ostrymi kłami w stronę załamanych lwic.
- Nie traćmy nadziei, moje drogie - rzekła do swoich poddanych lwica o ciemnej sierści - Nawet na czarnym, pochmurnym niebie musi kiedyś zabłysnąć jasna gwiazda, zwiastująca lepsze czasy - powiedziała, chcąc dodać swoim towarzyszkom otuchy.
Powiedziała to tak przekonująco i z taką pewnością, że na mordkach zgromadzonych wokół niej samic pojawiły się słabe uśmiechy. Oczy lwic pełne nadziei zwróciły się ku intensywnie granatowemu niebu, jakby oczekując stamtąd jakiegoś znaku. Znaku lepszego jutra.
W międzyczasie, wśród niezliczonej rzeszy gwiazd, pojawiła się jeszcze jedna, świecąca niespotykanie jasnym blaskiem. Zdało się, że tylko Sarabi ją dojrzała. Posłała ku niej tęskne spojrzenie opuchniętych już nieco od smutku oczu. W duszy królowej pojawiła się prośba.
- Och, Mufaso... Nie daj nam zginąć. Ciało niebieskie, jakby usłyszawszy niemy przekaz, zamigotało gwałtownie parę razy. Brązowooka uznała to za pozytywną odpowiedź. Jej serce, choć nadal krwawiło, nieco uspokoiło się. Wokół jej osoby zatańczył nagle ciepły powiew wiatru, który oplótł ją w pocieszającym uścisku, po czym rozproszył się w różne strony, smagając delikatnie sylwetki pozostałych członków dumy. Jednak tylko partnerka byłego króla wiedziała, iż jest to niezwykła forma otuchy, ofiarowana przez jej ukochanego. Tej nocy Sarabi długo patrzyła w niebo, spoglądając w gwiezdne postaci Wielkich Królów z przeszłości, a dokładniej w kierunku osoby jednego z nich. Nie wiedziała, że na przyjście zbawiennej gwiazdy, która wybawi ją i jej stado z łap tyrana, będzie musiała jeszcze trochę poczekać.
Tymczasem Skaza, rozwalony na całej długości wzniesienia, które zajmowali do spania królowie i ich partnerki, już nie mógł doczekać się poranka. Z ekscytacji nie mógł zasnąć. W końcu spełniły się jego marzenia. Co z tego, że za cenę zabicia znienawidzonego brata i jego syna? Raz dał ostrzeżenie Mufasie, aby ten go nie lekceważył. Nie posłuchał i za to zapłacił. Bynajmniej, nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. Był typem, który spełniał własne marzenia za wszelką cenę, inni zwykli nadawać takim osobom miano okrutnika, ale brązowemu odpowiadał taki tytuł. Budził respekt. Lew przymknął powoli swoje zielone ślepia i z podłym uśmiechem zaczął powoli zasypiać. Będzie tu królował przez długi czas i nikt mu tej władzy nie odbierze. Najważniejsze, aby nikt nie dowiedział się nigdy o jego tajemnicy, ale o to Skaza był już spokojny. Mufasa i Simba zginęli, Zazu po bliskim spotkaniu ze skałą, nic nie pamiętał. Kto inny mógłby donieść o jego niewinnym przewinieniu? Antylopy? Dobre sobie. Z tą optymistyczną dla niego myślą zapadł w sen, nie wiedząc, jak bardzo niepoprawny jest tok jego rozumowania. Nie przypuszczał, że za swoje tamtejsze, jak i przyszłe błędy będzie musiał krwawo zapłacić.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Shav...to jest jedno z najlepszych opowiadań jakie czytałem ^^ . Świetnie piszesz. Są może wprawdzie niewielkie niedociągnięcia, ale praktycznie ich nie widać. I tak są mało istotnie, a przecież każdy piszący je popełnia, bez wyjątków. 

avek by Laura-comics
ex favilla patria sacra
ex favilla patria sacra
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Jej, dzięki Laz ;D
Twoja opinia mile połechtała moją osobę
Mógłbyś wskazać przykład takowego niedociągnięcia? Chciałabym zobaczyć na czym ono polega, by w przyszłości je wyeliminować ;D
Czasem się niestety zdarza, że mam trylion pomysłów na sekundę i czegoś przez to nie dokończę, ale postaram się myśleć wolniej, a jeśli już, to zapisywać pomysły na osobnej kartce xD
EDIT
Rozdział I
Namolność kluczem do sukcesu
Nad afrykańskim kontynentem zaczęło świtać. Budzące się ze snu słońce przyozdobiło niebo w paletę kolorów wszelakiej czerwieni, pomarańczu oraz żółci. Z chwilą, gdy złocista gwiazda wdrapywała się na coraz to wyższe partie nieboskłonu, barwy ciepła niknęły, ustępując miejsca kojącemu dla oczu lazurowi. Ognista kula rzucała wdzięczne, świetliste refleksy ku pięknej afrykańskiej równinie. Ciepłe promienie muskały skwapliwie tafle wszelkich tutejszych wód. Życiodajne lustra matki natury, przyozdobione dodatkowo szczodrymi darami słońca, lśniły niczym wykonane ze szczerego złota. Morza traw na sawannie, ozłocone słonecznym blaskiem, kołysały się delikatnie na miłym, ciepłym wietrze. Delikatny powiew, hulał wśród nich, zapraszając do wspólnego tańca. Źdźbła traw ochoczo na to przystały, więc niewidzialny partner poprowadził swe liczne partnerki w elegancki pląs. Całość stanowiła iście fantazyjny efekt. Natura, jakoby zapomniała o tragicznej śmierci dwóch ważnych postaci, a od tego nieszczęsnego wydarzenia minął dopiero niespełna miesiąc. Jednak przez ten krótki okres czasu, Lwia Ziemia zmieniła się diametralnie. Nie było to już ciche, bezpieczne miejsce, jak niegdyś, a to wszystko za sprawą hien, który nadużywały stanowczo gościnności w stadzie lwów. Całe dnie spędzały na leniuchowaniu oraz zastraszaniu młodych, a nie jak zapewniał Skaza, na pomocy w zdobywaniu pożywienia lwicom. Przy jedzeniu, rządziły się niemiłosiernie, wyrywając co lepsze kąski pozostawione przez króla dla siebie, tak że łowczyniom i ich potomstwu zostawały tylko mizerne ochłapy, bynajmniej nie sprawiało to większego problemu, acz było to irytujące, do czasu, aż zwierzyny zaczęło pomału ubywać. Nie to jednak było najgorsze. Hieny tak się rozpanoszyły, iż swój wolny czas przeznaczyły na nękanie lwiątek. Nieraz maluchy musiały kryć się po okolicznych norach, gonione przez wstrętnych psowatych, kiedy ich matki były na polowaniu. Lwice zaczęły powoli bać się o swoje latorośle, dlatego nie pozwalały dzieciom na zbytnie oddalanie się wgłąb terytorium, a kiedy musiały iść na łowy, zostawiały malców w niewielkiej jakie za lwią skałą, gdzie padlinożercy nie mogli ich dopaść.
Nie pomagały prośby i groźby kierowane do Skazy, aby upilnował swoich podwładnych, więc lwie matki zaczęły karać drapieżniki na własną łapę, w dość dotkliwy sposób. To wszystko nie przynosiło jednak oszałamiającego efektu.
Tego ranka, Nala, wbrew zakazom i ostrzeżeniom swej matki Sarafiny, wymknęła się ze wspólnej groty dzielonej z Kulą, Chumvim, Tojo i Tamą na czas nieobecności lwic i ruszyła na skraj sawanny. Czmychnięcie niezauważenie z lokum okazało się rzeczą dziecinnie prostą, gdyż wszyscy przyjaciele byli pogrążeni jeszcze we śnie.
Tak więc, lwiczka dotarłszy tam, gdzie chciała, wyszukała sobie idealny punkt na przycupnięcie, którym był letni, dzięki promieniom słońca, szary kamień. W ciszy i skupieniu obserwowała rzeszę różnorakich zwierząt, sunących powoli do wodopoju. Potężne słonie zamiatały trąbami ziemię, wprawiając ją dodatkowo w drżenie przy każdym swoim kolejnym kroku. Kurz na niej zgromadzony, unosił się i delikatnie opadał z powrotem, by za chwilę ponownie energicznie wylecieć w powietrze. Majestatyczne szyje żyraf kołysały się zgrabnie na tle afrykańskich krajobrazów. Zebry i antylopy parskały wesoło w rytm przepięknego śpiewu tutejszych barwnych ptaków. Antylopy. Do soczyście zielonych oczu lwiczki samoistnie napłynęły łzy. Przeszłość była dla niej jeszcze taka świeża. Czas nie zabliźnił dotkliwych ran po stracie najlepszego przyjaciela, z którym spędziła tak wiele wspaniałych chwil, których z pewnością jeszcze wiele było przed nimi. Westchnęła cicho. Mufasy również jej brakowało. Z przykrością stwierdziła, iż obecny król w niczym nie przypomina swego zmarłego brata. O ile brązowogrzywego monarchę kochała i szanowała, o tyle Skazy się po prostu bała. Przerażał ją sposób w jaki lew z blizną na nią patrzył, a na sam dźwięk jego głosu dostawała dreszczy.
Rosły słoń nabrał w trąbę sporą dawkę życiodajnego płynu, po czym włożył jej końcówkę sobie do ust. Nala patrzyła na to nieobecnym wzrokiem. W duchu analizowała sobie wydarzenia z poprzednich tygodni. Zaobserwowała, że do stada zaczęły ostatnimi czasy dołączać nowe lwice, z którymi Skaza dość chętnie spędzał czas. Później niektóre z nich wprawdzie odeszły, ale ich miejsce zastępowały kolejne. Słyszała, jak pewnego razu jej mama mówiła przyciszonym głosem do królowej Sarabi, że król mógłby się w końcu ustatkować w uczuciach, a nie rozdawać swoje geny na prawo i lewo. W momencie, kiedy zauważyły, że Nala się im przysłuchuje, spojrzały po sobie zmieszane i zmieniły temat, każąc przedtem małej pójść pobawić się z innymi lwiątkami. Lwiczka do tej pory nie rozumiała tamtej sytuacji, ale obiecała sobie, iż kiedyś matkę o to ponownie zapyta.
Tymczasem z zamyśleń wyrwały zielonooką strzępki czyjejś głośnej rozmowy. Wyglądało na to, iż ktoś urządził sobie poranną kłótnię. Nala już miała odejść, żeby nie wyjść na nieuprzejmą, podsłuchującą cudzych rozmów młodą lwicę, ale po głębszym wsłuchaniu się w głosy, zmieniła zdanie. Prędko wstała i biegnąc tuż przy samej ziemi, popędziła w kierunku wydobywającej się wymiany zdań. Przystanęła i z przerażeniem wymalowanym na pysku, ukryła się wśród złotych traw, gdzie stała się niemal niewidoczna i nasłuchiwała.
Kilkanaście metrów od niej stały sylwetki dwóch lwów, dobrze przez nią znanych zresztą.
- Sam wybiorę sobie następcę tronu - rzekł stanowczo Skaza, posępnie wpatrując się w stronę myszatej, złotookiej lwicy.
To Malia (czyt. Malija). Przemknęło Nali przez myśl. Słyszała, jak kiedyś któraś z lwic ze stada określiła ją mianem "faworyty króla". Wiedziała, iż ta samica jest nieprzewidywalna i dwulicowa, więc przykucnęła na tyle nisko, by brzuszkiem dotykać podłoża. Nie chciała zostać zauważona przez żadne z obojga lwów.
- Ależ, panie! - zawołała lwica, rzucając brązowemu rozpaczliwe, błagalne spojrzenie. - Nasz potomek byłby z pewnością wspaniałym kandydatem na przyszłego króla! Przekonałbyś się sam, gdybyś...
- Dość! - przerwał jej kategoryczny głos. - Uprzykrzasz mi tym życie już od ponad tygodnia.
Skaza, mówiąc to, wyglądał na zdegustowanego i pomału tracącego opanowanie.
- Jeśli obiecam ci, że jeśli wydasz na świat zdrowego, silnego samca i mianuję go po swojej osobistej ocenie na swego następcę, to dasz mi w końcu święty spokój?
Głos monarchy był zimny i wprawiał małą Nalę w przerażenie.
- O, dzięki ci panie! - lwica wyglądała na wyraźnie zadowoloną. Naraz na jej pysk wpełzł dziękczynny, szeroki uśmiech, który nieoczekiwanie zamarł.
- A co, jeśli urodzi się dziewczynka albo młode będzie chore? - zapytała z niepokojem.
- Jeśli urodzi się zdrowa samica, to zostanie w stadzie - oznajmił po chwili namysłu jej rozmówca, naciskając znacząco na słowo 'zdrowa'. - Nie uwzględniam, żeby miała jakieś specjalne prawa ponad innych poddanych. Będzie po prostu jak inne lwice, również jej obowiązki będą takie same.
Malia nie miała zbytnio zachwyconej miny, tak przynajmniej wydedukowała Nala, obserwując czujnie faworytę władcy.
- Natomiast upośledzone młode będą w trybie natychmiastowym usuwane ze stada. W moim królestwie nie potrzeba słabeuszy - kontynuował wypowiedź Skaza, patrząc prosto w oczy lwicy. W jego wzroku, oprócz zwykłej obojętności, krył się ostry rozkaz milczenia.
Myszata najwidoczniej go zauważyła, gdyż otwierając wargi, niemal natychmiast je zamknęła i już więcej ich nie otworzyła. Lew z blizną obdarował ją raz jeszcze lodowym spojrzeniem, po czym odwrócił się i powędrował przed siebie dumnym krokiem. Samica śledziła w milczeniu każdy jego ruch, dopóki nie zniknął jej z pola widzenia.
Stała w miejscu do czasu, gorączkowo nad czymś rozmyślając, aż jej sylwetki nie owionął mocniejszy poryw wiatru. Mrucząc coś niezrozumiale pod nosem, z markotną miną poszła w stronę wodopoju, gdzie zaczęła gasić pragnienie.
Nala skorzystała z okazji i pomknęła prędko ku Lwiej Skale, uważając, by nie natknąć się na żadną z hien. Była zszokowana tym, co usłyszała. Postanowiła, że na razie nikomu o tym nie powie. To będzie jej mała tajemnica.
Twoja opinia mile połechtała moją osobę

Mógłbyś wskazać przykład takowego niedociągnięcia? Chciałabym zobaczyć na czym ono polega, by w przyszłości je wyeliminować ;D
Czasem się niestety zdarza, że mam trylion pomysłów na sekundę i czegoś przez to nie dokończę, ale postaram się myśleć wolniej, a jeśli już, to zapisywać pomysły na osobnej kartce xD
EDIT
Rozdział I
Namolność kluczem do sukcesu
Nad afrykańskim kontynentem zaczęło świtać. Budzące się ze snu słońce przyozdobiło niebo w paletę kolorów wszelakiej czerwieni, pomarańczu oraz żółci. Z chwilą, gdy złocista gwiazda wdrapywała się na coraz to wyższe partie nieboskłonu, barwy ciepła niknęły, ustępując miejsca kojącemu dla oczu lazurowi. Ognista kula rzucała wdzięczne, świetliste refleksy ku pięknej afrykańskiej równinie. Ciepłe promienie muskały skwapliwie tafle wszelkich tutejszych wód. Życiodajne lustra matki natury, przyozdobione dodatkowo szczodrymi darami słońca, lśniły niczym wykonane ze szczerego złota. Morza traw na sawannie, ozłocone słonecznym blaskiem, kołysały się delikatnie na miłym, ciepłym wietrze. Delikatny powiew, hulał wśród nich, zapraszając do wspólnego tańca. Źdźbła traw ochoczo na to przystały, więc niewidzialny partner poprowadził swe liczne partnerki w elegancki pląs. Całość stanowiła iście fantazyjny efekt. Natura, jakoby zapomniała o tragicznej śmierci dwóch ważnych postaci, a od tego nieszczęsnego wydarzenia minął dopiero niespełna miesiąc. Jednak przez ten krótki okres czasu, Lwia Ziemia zmieniła się diametralnie. Nie było to już ciche, bezpieczne miejsce, jak niegdyś, a to wszystko za sprawą hien, który nadużywały stanowczo gościnności w stadzie lwów. Całe dnie spędzały na leniuchowaniu oraz zastraszaniu młodych, a nie jak zapewniał Skaza, na pomocy w zdobywaniu pożywienia lwicom. Przy jedzeniu, rządziły się niemiłosiernie, wyrywając co lepsze kąski pozostawione przez króla dla siebie, tak że łowczyniom i ich potomstwu zostawały tylko mizerne ochłapy, bynajmniej nie sprawiało to większego problemu, acz było to irytujące, do czasu, aż zwierzyny zaczęło pomału ubywać. Nie to jednak było najgorsze. Hieny tak się rozpanoszyły, iż swój wolny czas przeznaczyły na nękanie lwiątek. Nieraz maluchy musiały kryć się po okolicznych norach, gonione przez wstrętnych psowatych, kiedy ich matki były na polowaniu. Lwice zaczęły powoli bać się o swoje latorośle, dlatego nie pozwalały dzieciom na zbytnie oddalanie się wgłąb terytorium, a kiedy musiały iść na łowy, zostawiały malców w niewielkiej jakie za lwią skałą, gdzie padlinożercy nie mogli ich dopaść.
Nie pomagały prośby i groźby kierowane do Skazy, aby upilnował swoich podwładnych, więc lwie matki zaczęły karać drapieżniki na własną łapę, w dość dotkliwy sposób. To wszystko nie przynosiło jednak oszałamiającego efektu.
Tego ranka, Nala, wbrew zakazom i ostrzeżeniom swej matki Sarafiny, wymknęła się ze wspólnej groty dzielonej z Kulą, Chumvim, Tojo i Tamą na czas nieobecności lwic i ruszyła na skraj sawanny. Czmychnięcie niezauważenie z lokum okazało się rzeczą dziecinnie prostą, gdyż wszyscy przyjaciele byli pogrążeni jeszcze we śnie.
Tak więc, lwiczka dotarłszy tam, gdzie chciała, wyszukała sobie idealny punkt na przycupnięcie, którym był letni, dzięki promieniom słońca, szary kamień. W ciszy i skupieniu obserwowała rzeszę różnorakich zwierząt, sunących powoli do wodopoju. Potężne słonie zamiatały trąbami ziemię, wprawiając ją dodatkowo w drżenie przy każdym swoim kolejnym kroku. Kurz na niej zgromadzony, unosił się i delikatnie opadał z powrotem, by za chwilę ponownie energicznie wylecieć w powietrze. Majestatyczne szyje żyraf kołysały się zgrabnie na tle afrykańskich krajobrazów. Zebry i antylopy parskały wesoło w rytm przepięknego śpiewu tutejszych barwnych ptaków. Antylopy. Do soczyście zielonych oczu lwiczki samoistnie napłynęły łzy. Przeszłość była dla niej jeszcze taka świeża. Czas nie zabliźnił dotkliwych ran po stracie najlepszego przyjaciela, z którym spędziła tak wiele wspaniałych chwil, których z pewnością jeszcze wiele było przed nimi. Westchnęła cicho. Mufasy również jej brakowało. Z przykrością stwierdziła, iż obecny król w niczym nie przypomina swego zmarłego brata. O ile brązowogrzywego monarchę kochała i szanowała, o tyle Skazy się po prostu bała. Przerażał ją sposób w jaki lew z blizną na nią patrzył, a na sam dźwięk jego głosu dostawała dreszczy.
Rosły słoń nabrał w trąbę sporą dawkę życiodajnego płynu, po czym włożył jej końcówkę sobie do ust. Nala patrzyła na to nieobecnym wzrokiem. W duchu analizowała sobie wydarzenia z poprzednich tygodni. Zaobserwowała, że do stada zaczęły ostatnimi czasy dołączać nowe lwice, z którymi Skaza dość chętnie spędzał czas. Później niektóre z nich wprawdzie odeszły, ale ich miejsce zastępowały kolejne. Słyszała, jak pewnego razu jej mama mówiła przyciszonym głosem do królowej Sarabi, że król mógłby się w końcu ustatkować w uczuciach, a nie rozdawać swoje geny na prawo i lewo. W momencie, kiedy zauważyły, że Nala się im przysłuchuje, spojrzały po sobie zmieszane i zmieniły temat, każąc przedtem małej pójść pobawić się z innymi lwiątkami. Lwiczka do tej pory nie rozumiała tamtej sytuacji, ale obiecała sobie, iż kiedyś matkę o to ponownie zapyta.
Tymczasem z zamyśleń wyrwały zielonooką strzępki czyjejś głośnej rozmowy. Wyglądało na to, iż ktoś urządził sobie poranną kłótnię. Nala już miała odejść, żeby nie wyjść na nieuprzejmą, podsłuchującą cudzych rozmów młodą lwicę, ale po głębszym wsłuchaniu się w głosy, zmieniła zdanie. Prędko wstała i biegnąc tuż przy samej ziemi, popędziła w kierunku wydobywającej się wymiany zdań. Przystanęła i z przerażeniem wymalowanym na pysku, ukryła się wśród złotych traw, gdzie stała się niemal niewidoczna i nasłuchiwała.
Kilkanaście metrów od niej stały sylwetki dwóch lwów, dobrze przez nią znanych zresztą.
- Sam wybiorę sobie następcę tronu - rzekł stanowczo Skaza, posępnie wpatrując się w stronę myszatej, złotookiej lwicy.
To Malia (czyt. Malija). Przemknęło Nali przez myśl. Słyszała, jak kiedyś któraś z lwic ze stada określiła ją mianem "faworyty króla". Wiedziała, iż ta samica jest nieprzewidywalna i dwulicowa, więc przykucnęła na tyle nisko, by brzuszkiem dotykać podłoża. Nie chciała zostać zauważona przez żadne z obojga lwów.
- Ależ, panie! - zawołała lwica, rzucając brązowemu rozpaczliwe, błagalne spojrzenie. - Nasz potomek byłby z pewnością wspaniałym kandydatem na przyszłego króla! Przekonałbyś się sam, gdybyś...
- Dość! - przerwał jej kategoryczny głos. - Uprzykrzasz mi tym życie już od ponad tygodnia.
Skaza, mówiąc to, wyglądał na zdegustowanego i pomału tracącego opanowanie.
- Jeśli obiecam ci, że jeśli wydasz na świat zdrowego, silnego samca i mianuję go po swojej osobistej ocenie na swego następcę, to dasz mi w końcu święty spokój?
Głos monarchy był zimny i wprawiał małą Nalę w przerażenie.
- O, dzięki ci panie! - lwica wyglądała na wyraźnie zadowoloną. Naraz na jej pysk wpełzł dziękczynny, szeroki uśmiech, który nieoczekiwanie zamarł.
- A co, jeśli urodzi się dziewczynka albo młode będzie chore? - zapytała z niepokojem.
- Jeśli urodzi się zdrowa samica, to zostanie w stadzie - oznajmił po chwili namysłu jej rozmówca, naciskając znacząco na słowo 'zdrowa'. - Nie uwzględniam, żeby miała jakieś specjalne prawa ponad innych poddanych. Będzie po prostu jak inne lwice, również jej obowiązki będą takie same.
Malia nie miała zbytnio zachwyconej miny, tak przynajmniej wydedukowała Nala, obserwując czujnie faworytę władcy.
- Natomiast upośledzone młode będą w trybie natychmiastowym usuwane ze stada. W moim królestwie nie potrzeba słabeuszy - kontynuował wypowiedź Skaza, patrząc prosto w oczy lwicy. W jego wzroku, oprócz zwykłej obojętności, krył się ostry rozkaz milczenia.
Myszata najwidoczniej go zauważyła, gdyż otwierając wargi, niemal natychmiast je zamknęła i już więcej ich nie otworzyła. Lew z blizną obdarował ją raz jeszcze lodowym spojrzeniem, po czym odwrócił się i powędrował przed siebie dumnym krokiem. Samica śledziła w milczeniu każdy jego ruch, dopóki nie zniknął jej z pola widzenia.
Stała w miejscu do czasu, gorączkowo nad czymś rozmyślając, aż jej sylwetki nie owionął mocniejszy poryw wiatru. Mrucząc coś niezrozumiale pod nosem, z markotną miną poszła w stronę wodopoju, gdzie zaczęła gasić pragnienie.
Nala skorzystała z okazji i pomknęła prędko ku Lwiej Skale, uważając, by nie natknąć się na żadną z hien. Była zszokowana tym, co usłyszała. Postanowiła, że na razie nikomu o tym nie powie. To będzie jej mała tajemnica.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Masz ciekawy styl pisania Shav, robisz bardzo miłe do czytania opisy. Zaciekawiłaś mnie opowiadaniem, czekam na więcej. ^^
-
Tani
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
twe zacne opowiadanie zaprawdę zaciekawiło mą równie zacną osobę XD
opisy są miłe do czytania, a opowiadania pobija wszystkie inne ^^
opisy są miłe do czytania, a opowiadania pobija wszystkie inne ^^
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Wasze kunsztowne opinie wywołały na mym nadobnym licu majestatyczny uśmiech szczerego szczęścia 
Dziękuję pięknie za Wasze opinie i miłe słowa, Koro i Tani, radość wielką żeście mi nimi sprawiły ^^
Drugi rozdział pojawi się może nawet dzisiaj, a jeśli nie, to na pewno jeszcze w tym tygodniu.
Rozdział II
Niespełnione ambicje
Cztery miesiące po śmierci Mufasy i Simby
Zachodnie niebo oblała karminowo-amarantowa fala przepychu.
Majestatyczna czerwona kula chyliła się pomału ku zachodowi, szykując się, jak prawie zawsze o tej porze, do snu. Swym ostatnim tchnieniem blasku oświetlała malownicze afrykańskie równiny, powodując tym samym, że wyglądały one niczym skąpane w świeżej krwi. Ciepłe promienie muskały pieszczotliwie gładką taflę jeziora, dopóki słońce całkowicie nie pogrążyło się za widnokręgiem. Gwar i harmider, panujący do tej pory na sawannie, z wolna cichł, aż w końcu niemal całkowicie zamarł. Zwierzęta i rośliny przestawiały się powoli na tryb nocny.
Po raz kolejny dzień ustąpił miejsca nocy.
Ciemne niebo zaczęły stopniowo pokrywać gwiazdy, układając się w rozmaite, ciekawe konstrukcje. Jednak patrząc w granatową, niemal czarną przestrzeń, miało się dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Jasne punkciki nie migotały już tak wesoło, jak kiedyś. Ich blask był teraz jakiś niewyraźny i blady, zupełnie jak cała Lwia Ziemia.
Przez ostatnie miesiące na terytorium lwów nie spadła ani kropelka wody, co prawda na błękitnym sklepieniu gromadziły się jakieś szczątkowe chmury, ale nie deszczowe i jedynie pod wieczór. Przez cały dzień nieustannie prażyło gorące słońce. Żar był nie do zniesienia. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pomniejsze rzeczki i strumienie wyparowały, a objętość wodopoju drastycznie zmalała z niekorzyścią dla fauny i flory. Soczyście zielone liście drzew pożółkły, a trawa pousychała niemal doszczętnie. Urodzajna ziemia wyjałowiała. Całość przedstawiała widok tak mizerny, że aż bliski płaczu. Coraz więcej roślinożerców, ale także i mięsożerców, opuszczało tereny niegdyś żyznej Lwiej Ziemi, co negatywnie odbiło się na lwicach. O pożywienie było coraz trudniej, a żarłocznych gąb wcale nie ubywało, wprost przeciwnie. Skaza i jego gwardia pochłaniali niemalże cały, z trudem zdobyty łup, zostawiając tylko nieapetyczne resztki. Sarabi bardzo martwiła się o przyszłość swego kraju i swych wiernych towarzyszek, a także o ich potomstwo. Rozważała nawet przeciwstawienie się królowi i odejście ze swymi poddanymi w jakieś bardziej przyjazne tereny, ale póki co, to były tylko plany, którymi się z nikim na ten czas nie podzieliła.
Lwiątka także nie miały łatwego życia. Ich matki coraz dłużej spędzały czas na polowaniach, a im nie uśmiechało się takie przewlekłe siedzenie w coraz to ciaśniejszej grocie. Wymykały się wobec tego na krótkie wyprawy, które w większej części kończyły się ucieczką przed hienami.
Każdego wieczora, Skaza u podnóża Lwiej Skały urządzał 'zbiórkę', gdzie ganił swoich poddanych, najczęściej lwice, to za nieodpowiednie zachowania w stosunku do psowatych, a to za przyniesienie do domu niewielkiej ilości pożywienia, jednak tego wieczora rzecz przedstawiała się zupełnie inaczej. Władca był bowiem zajęty, zgoła czym innym.
- Czyś ty zwariowała? - lew zapytał lodowato, patrząc bez krzty emocji na sylwetkę myszatej lwicy, leżącej tuż pod grubą, kamienną ścianą.
Jakiś kształt poruszył się niespokojnie w okolicach łap Malii. Po jaskini rozległo się ciche miauknięcie.
- Skazo, panie... - łkała cicho samica, przytulając do swego ciała malutką, chuderlawą kulkę o delikatnej, jasnobrązowej sierści i bystrych zielonych oczkach.
- Zamilcz - rzekł sucho jej rozmówca, wlepiając karcący wzrok w oblicze swej faworyty. Przez parę sekund panowała cisza, po czym ciemnogrzywy otworzył usta z których wydobyły się następujące słowa.
- Podsumujmy. Kazałaś mi pójść za sobą tylko po to, żeby pokazać mi to coś? Oszalałaś. - stwierdził nieprzyjemnym głosem.
- Ale...
Potężna łapa przecięła powietrze, wymierzając siarczysty cios w policzek szarej, której dodatkowo prawy profil boleśnie uderzył w twardą nawierzchnię ściany, rozcinając dość poważnie skórę pod okiem. Malia syknęła z bólu. Samiec patrzył na to z nieukrytą obojętnością.
- Kontynuując, on nie może zostać moim następcą, dobrze wiesz dlaczego - mówił dalej niewzruszenie Skaza.
Złotooka wpatrywała się smutno w swoje śpiące maleństwo, tak okrutnie pokarane przez los. Na lewej maleńkiej łapce brakowało mu jednego palca. Lewek nie wyglądał również na okaz zdrowia. Marzenia, aby potomek jej i Skazy zasiadł na tronie, sromotnie legły w gruzach. Po prawym policzku spłynęła jej pojedyncza łza, drażniąc zraniony obszar skóry.
- Dziwak nie może zostać królem - oznajmił surowo czarnogrzywy, patrząc pogardliwie na lwiątko. - Nie poradzi sobie w walce, a poza tym, spójrz na niego, nie dożyje nawet następnego dnia.
Z tymi słowy, lew z brutalnym uśmiechem oddalił się ku wznoszącej się majestatycznie na czarnym niebie, prawie niewidocznej konstrukcji, Lwiej Skale. W duchu czuł satysfakcję, że nie musi dotrzymywać obietnicy, wszak miał jeszcze czas na wybieranie sobie następcy. Może na wszelki wypadek zaprzestanie na razie zbyt bliskich kontaktów z lwicami? Tak, to dobry pomysł.
Monarcha tej nocy był niezwykle w dobrym humorze.
Myszata nie próbowała zatrzymywać władcy, wiedziała, że to mijałoby się z celem. Przygarnęła mocniej do siebie syna i czule polizała po niewielkiej główce.
- Mój mały, jeszcze wszystkim im pokażemy - wyszeptała, szturchając nosem kształtny pyszczek swojego dziecka. - Pasowałoby ci nadać jakieś imię.
Malia myślała przez chwilę intensywnie, zmarszczywszy nos. Po chwili w jej oczach zabłysnął znajomy blask.
- Będziesz miał na imię Amare. Amare Hostis. Po moim wybitnym praprapradziadzie - zarządziła, uśmiechając się czule do śpiącej twardo istotki.
- Witaj na świecie, mój synu.
Samica raz jeszcze posłała mu pełne miłości spojrzenie, po czym przeniosła swój wzrok na ciemne wyjście, prowadzące na zewnątrz niewielkiej, położonej wśród suchych chaszczy groty. Czuwała nad bezpieczeństwem swego młodego do samego rana, mając nadzieję, że nie spełnią się słowa Skazy i młodziutki Amare dożyje swego następnego dnia życia. To marzenie już spełniło się.

Dziękuję pięknie za Wasze opinie i miłe słowa, Koro i Tani, radość wielką żeście mi nimi sprawiły ^^
Drugi rozdział pojawi się może nawet dzisiaj, a jeśli nie, to na pewno jeszcze w tym tygodniu.
Rozdział II
Niespełnione ambicje
Cztery miesiące po śmierci Mufasy i Simby
Zachodnie niebo oblała karminowo-amarantowa fala przepychu.
Majestatyczna czerwona kula chyliła się pomału ku zachodowi, szykując się, jak prawie zawsze o tej porze, do snu. Swym ostatnim tchnieniem blasku oświetlała malownicze afrykańskie równiny, powodując tym samym, że wyglądały one niczym skąpane w świeżej krwi. Ciepłe promienie muskały pieszczotliwie gładką taflę jeziora, dopóki słońce całkowicie nie pogrążyło się za widnokręgiem. Gwar i harmider, panujący do tej pory na sawannie, z wolna cichł, aż w końcu niemal całkowicie zamarł. Zwierzęta i rośliny przestawiały się powoli na tryb nocny.
Po raz kolejny dzień ustąpił miejsca nocy.
Ciemne niebo zaczęły stopniowo pokrywać gwiazdy, układając się w rozmaite, ciekawe konstrukcje. Jednak patrząc w granatową, niemal czarną przestrzeń, miało się dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Jasne punkciki nie migotały już tak wesoło, jak kiedyś. Ich blask był teraz jakiś niewyraźny i blady, zupełnie jak cała Lwia Ziemia.
Przez ostatnie miesiące na terytorium lwów nie spadła ani kropelka wody, co prawda na błękitnym sklepieniu gromadziły się jakieś szczątkowe chmury, ale nie deszczowe i jedynie pod wieczór. Przez cały dzień nieustannie prażyło gorące słońce. Żar był nie do zniesienia. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pomniejsze rzeczki i strumienie wyparowały, a objętość wodopoju drastycznie zmalała z niekorzyścią dla fauny i flory. Soczyście zielone liście drzew pożółkły, a trawa pousychała niemal doszczętnie. Urodzajna ziemia wyjałowiała. Całość przedstawiała widok tak mizerny, że aż bliski płaczu. Coraz więcej roślinożerców, ale także i mięsożerców, opuszczało tereny niegdyś żyznej Lwiej Ziemi, co negatywnie odbiło się na lwicach. O pożywienie było coraz trudniej, a żarłocznych gąb wcale nie ubywało, wprost przeciwnie. Skaza i jego gwardia pochłaniali niemalże cały, z trudem zdobyty łup, zostawiając tylko nieapetyczne resztki. Sarabi bardzo martwiła się o przyszłość swego kraju i swych wiernych towarzyszek, a także o ich potomstwo. Rozważała nawet przeciwstawienie się królowi i odejście ze swymi poddanymi w jakieś bardziej przyjazne tereny, ale póki co, to były tylko plany, którymi się z nikim na ten czas nie podzieliła.
Lwiątka także nie miały łatwego życia. Ich matki coraz dłużej spędzały czas na polowaniach, a im nie uśmiechało się takie przewlekłe siedzenie w coraz to ciaśniejszej grocie. Wymykały się wobec tego na krótkie wyprawy, które w większej części kończyły się ucieczką przed hienami.
Każdego wieczora, Skaza u podnóża Lwiej Skały urządzał 'zbiórkę', gdzie ganił swoich poddanych, najczęściej lwice, to za nieodpowiednie zachowania w stosunku do psowatych, a to za przyniesienie do domu niewielkiej ilości pożywienia, jednak tego wieczora rzecz przedstawiała się zupełnie inaczej. Władca był bowiem zajęty, zgoła czym innym.
- Czyś ty zwariowała? - lew zapytał lodowato, patrząc bez krzty emocji na sylwetkę myszatej lwicy, leżącej tuż pod grubą, kamienną ścianą.
Jakiś kształt poruszył się niespokojnie w okolicach łap Malii. Po jaskini rozległo się ciche miauknięcie.
- Skazo, panie... - łkała cicho samica, przytulając do swego ciała malutką, chuderlawą kulkę o delikatnej, jasnobrązowej sierści i bystrych zielonych oczkach.
- Zamilcz - rzekł sucho jej rozmówca, wlepiając karcący wzrok w oblicze swej faworyty. Przez parę sekund panowała cisza, po czym ciemnogrzywy otworzył usta z których wydobyły się następujące słowa.
- Podsumujmy. Kazałaś mi pójść za sobą tylko po to, żeby pokazać mi to coś? Oszalałaś. - stwierdził nieprzyjemnym głosem.
- Ale...
Potężna łapa przecięła powietrze, wymierzając siarczysty cios w policzek szarej, której dodatkowo prawy profil boleśnie uderzył w twardą nawierzchnię ściany, rozcinając dość poważnie skórę pod okiem. Malia syknęła z bólu. Samiec patrzył na to z nieukrytą obojętnością.
- Kontynuując, on nie może zostać moim następcą, dobrze wiesz dlaczego - mówił dalej niewzruszenie Skaza.
Złotooka wpatrywała się smutno w swoje śpiące maleństwo, tak okrutnie pokarane przez los. Na lewej maleńkiej łapce brakowało mu jednego palca. Lewek nie wyglądał również na okaz zdrowia. Marzenia, aby potomek jej i Skazy zasiadł na tronie, sromotnie legły w gruzach. Po prawym policzku spłynęła jej pojedyncza łza, drażniąc zraniony obszar skóry.
- Dziwak nie może zostać królem - oznajmił surowo czarnogrzywy, patrząc pogardliwie na lwiątko. - Nie poradzi sobie w walce, a poza tym, spójrz na niego, nie dożyje nawet następnego dnia.
Z tymi słowy, lew z brutalnym uśmiechem oddalił się ku wznoszącej się majestatycznie na czarnym niebie, prawie niewidocznej konstrukcji, Lwiej Skale. W duchu czuł satysfakcję, że nie musi dotrzymywać obietnicy, wszak miał jeszcze czas na wybieranie sobie następcy. Może na wszelki wypadek zaprzestanie na razie zbyt bliskich kontaktów z lwicami? Tak, to dobry pomysł.
Monarcha tej nocy był niezwykle w dobrym humorze.
Myszata nie próbowała zatrzymywać władcy, wiedziała, że to mijałoby się z celem. Przygarnęła mocniej do siebie syna i czule polizała po niewielkiej główce.
- Mój mały, jeszcze wszystkim im pokażemy - wyszeptała, szturchając nosem kształtny pyszczek swojego dziecka. - Pasowałoby ci nadać jakieś imię.
Malia myślała przez chwilę intensywnie, zmarszczywszy nos. Po chwili w jej oczach zabłysnął znajomy blask.
- Będziesz miał na imię Amare. Amare Hostis. Po moim wybitnym praprapradziadzie - zarządziła, uśmiechając się czule do śpiącej twardo istotki.
- Witaj na świecie, mój synu.
Samica raz jeszcze posłała mu pełne miłości spojrzenie, po czym przeniosła swój wzrok na ciemne wyjście, prowadzące na zewnątrz niewielkiej, położonej wśród suchych chaszczy groty. Czuwała nad bezpieczeństwem swego młodego do samego rana, mając nadzieję, że nie spełnią się słowa Skazy i młodziutki Amare dożyje swego następnego dnia życia. To marzenie już spełniło się.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Ładnie, ładnie. :> Skaza to niezła szuja, o!
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Dzięki ;D
Będzie jeszcze większą szują ;>
Będzie jeszcze większą szują ;>
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Naprawdę???
Ileż masz w głowie niecnych pomysłów. xD
Ileż masz w głowie niecnych pomysłów. xDRe: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Całkiem sporo, tylko nie wiem, czy uda mi się je wszystkie uwzględnić ; D
Rozdział III
Matczyna miłość
Kilka dni po narodzinach Amare Hostisa
Malia leżała skulona przy ścianie groty, w której kilka dni temu wydała na świat swoje pierwsze dziecko. Lwica, przylgnąwszy do chłodnej, kamiennej fasady, sapała ciężko, jakby była chora na astmę. Każdy wdech i wydech wieńczony był krótkim, nieco chrapliwym świstem, przypominającym odgłos wiatru, wiejącego po pustym pomieszczeniu. Klatka piersiowa samicy rytmicznie na zmianę unosiła się do góry i opadała na dół. Myszatej było duszno. Bardzo duszno. Od kilku godzin bez przerwy patrzyła wyczekującym wzrokiem przez swoje okno na świat, którym było wejście a zarazem wyjście jaskini, na zachodnie niebo, jakby chciała ponaglić słońce, żeby jak najszybciej schowało się za horyzontem, oznajmiając koniec królowania dziennej pory. Widać było, iż afrykańskie upały nie służyły zdrowiu ani psychice Malii. Mimo że świetlista kula od kilkudziesięciu minut zniknęła za najbliższymi wzniesieniami, a na zewnątrz panował już zmierzch, żar dnia jeszcze nie ustąpił poletka ożywczemu chłodowi nocy.
Samica przymknęła złote ślepia, by skoncentrować się i nareszcie móc zebrać myśli do kupy. Ciało lwicy było bardzo zmizerniałe i chude. Od tamtego wyczerpującego wydarzenia, jakim był poród, była faworyta króla, nie odchodziła dalej, aniżeli kilka metrów od jaskini, w której mieszkała teraz ona i jej potomek, toteż nie miała nic w ustach od paru dni, nie licząc kilku gryzoni, które przypadkiem napatoczyły się jej przed wejściem do groty. Nie padła z pragnienia, tylko dzięki płynom ustrojowym zwierząt oraz tym, że codziennie wczesnym rankiem zlizywała wilgoć ze skał. Malia westchnęła ciężko, otwierając z powrotem oczy. W postępującej ciemności lśniły one, niczym dwa jarzące się ogniki. Bardzo smutne ogniki. Strapiony ich wyraz, nie pasował do osobowości ich właścicielki. Stado o niej zapomniało. Przez ostatnie dni nikt jej nie przyszedł odwiedzić, ba, nawet nie chciało się nikomu posłańca wysłać z zapytaniem, jak czuje się ona i jej latorośl. Wszyscy mieli ją, kolokwialnie mówiąc, gdzieś, nawet Skaza. Z drugiej jednak strony, byłaby zdziwiona, gdyby nieoczekiwanie ktoś z dumy, jak to oni się sami tytułują, stanął w przejściu do ich lokum z pytaniem o zdrowie. Ta myśl sprawiła, że szara pozwoliła sobie na kpiące prychnięcie. Od chwili, kiedy się zjawiła na Lwiej Skale, wszyscy traktowali ją z rezerwą i nieufnością, zwłaszcza ta cała Sarabi i jej powiernice. Inne kochanice monarchy, pałały do niej niemalże nienawiścią, z której ona sobie po prostu kpiła. Owszem, Malia wiedziała, że nie jest jedyną 'partnerką' władcy, ale zbytnio jej to nie przeszkadzało. Do czasu, aż zaszła w ciążę. Wtedy skończył się rajski, sielankowy żywot. Bała się, że jakaś inna samica może odbić prawa do tronu jej potomkowi, dlatego wolała wcześniej zabezpieczyć przyszłość swego dziecka. I prawie się to udało. Prawie. Myszata opuściła nieco łeb ku dołowi i z troską przyglądała się śpiącemu Amare.
Malec, co prawda przeżył swe pierwsze chwile na tym łez padole, ale nadal był bardzo chudy i lwia matka ciągle lękała się o jego życie. Wiedziała, że aby jej syn mógł w pełni zdrowo się rozwijać, musi dużo jeść. Ona tymczasem miała niewiele mleka, co nie zwiastowało młodemu pomyślnego okresu dorastania. Lwica była pewna, że jeśli czegoś na czas nie wymyśli, jej dziecko padnie z głodu. Rozwiązanie przyszło już kolejnego dnia.
Rozdział III
Matczyna miłość
Kilka dni po narodzinach Amare Hostisa
Malia leżała skulona przy ścianie groty, w której kilka dni temu wydała na świat swoje pierwsze dziecko. Lwica, przylgnąwszy do chłodnej, kamiennej fasady, sapała ciężko, jakby była chora na astmę. Każdy wdech i wydech wieńczony był krótkim, nieco chrapliwym świstem, przypominającym odgłos wiatru, wiejącego po pustym pomieszczeniu. Klatka piersiowa samicy rytmicznie na zmianę unosiła się do góry i opadała na dół. Myszatej było duszno. Bardzo duszno. Od kilku godzin bez przerwy patrzyła wyczekującym wzrokiem przez swoje okno na świat, którym było wejście a zarazem wyjście jaskini, na zachodnie niebo, jakby chciała ponaglić słońce, żeby jak najszybciej schowało się za horyzontem, oznajmiając koniec królowania dziennej pory. Widać było, iż afrykańskie upały nie służyły zdrowiu ani psychice Malii. Mimo że świetlista kula od kilkudziesięciu minut zniknęła za najbliższymi wzniesieniami, a na zewnątrz panował już zmierzch, żar dnia jeszcze nie ustąpił poletka ożywczemu chłodowi nocy.
Samica przymknęła złote ślepia, by skoncentrować się i nareszcie móc zebrać myśli do kupy. Ciało lwicy było bardzo zmizerniałe i chude. Od tamtego wyczerpującego wydarzenia, jakim był poród, była faworyta króla, nie odchodziła dalej, aniżeli kilka metrów od jaskini, w której mieszkała teraz ona i jej potomek, toteż nie miała nic w ustach od paru dni, nie licząc kilku gryzoni, które przypadkiem napatoczyły się jej przed wejściem do groty. Nie padła z pragnienia, tylko dzięki płynom ustrojowym zwierząt oraz tym, że codziennie wczesnym rankiem zlizywała wilgoć ze skał. Malia westchnęła ciężko, otwierając z powrotem oczy. W postępującej ciemności lśniły one, niczym dwa jarzące się ogniki. Bardzo smutne ogniki. Strapiony ich wyraz, nie pasował do osobowości ich właścicielki. Stado o niej zapomniało. Przez ostatnie dni nikt jej nie przyszedł odwiedzić, ba, nawet nie chciało się nikomu posłańca wysłać z zapytaniem, jak czuje się ona i jej latorośl. Wszyscy mieli ją, kolokwialnie mówiąc, gdzieś, nawet Skaza. Z drugiej jednak strony, byłaby zdziwiona, gdyby nieoczekiwanie ktoś z dumy, jak to oni się sami tytułują, stanął w przejściu do ich lokum z pytaniem o zdrowie. Ta myśl sprawiła, że szara pozwoliła sobie na kpiące prychnięcie. Od chwili, kiedy się zjawiła na Lwiej Skale, wszyscy traktowali ją z rezerwą i nieufnością, zwłaszcza ta cała Sarabi i jej powiernice. Inne kochanice monarchy, pałały do niej niemalże nienawiścią, z której ona sobie po prostu kpiła. Owszem, Malia wiedziała, że nie jest jedyną 'partnerką' władcy, ale zbytnio jej to nie przeszkadzało. Do czasu, aż zaszła w ciążę. Wtedy skończył się rajski, sielankowy żywot. Bała się, że jakaś inna samica może odbić prawa do tronu jej potomkowi, dlatego wolała wcześniej zabezpieczyć przyszłość swego dziecka. I prawie się to udało. Prawie. Myszata opuściła nieco łeb ku dołowi i z troską przyglądała się śpiącemu Amare.
Malec, co prawda przeżył swe pierwsze chwile na tym łez padole, ale nadal był bardzo chudy i lwia matka ciągle lękała się o jego życie. Wiedziała, że aby jej syn mógł w pełni zdrowo się rozwijać, musi dużo jeść. Ona tymczasem miała niewiele mleka, co nie zwiastowało młodemu pomyślnego okresu dorastania. Lwica była pewna, że jeśli czegoś na czas nie wymyśli, jej dziecko padnie z głodu. Rozwiązanie przyszło już kolejnego dnia.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Ach biedna Malia, nie wiem czemu ale polubiłam jej postać. ^_^ No ciekawe co będzie dziać się dalej. :>
A w ogóle mam pytanko, Amare urodził się przed czy po Nuce?
A w ogóle mam pytanko, Amare urodził się przed czy po Nuce?
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Rodzinę się zazwyczaj lubi 
Ano, Malia to zołza, która zrobi wszystko, by dojść do celu, ale ma w gruncie rzeczy dobre serducho, tylko, że ino dla Amare x>
A teraz, moja droga, ja Cię pomęczę.
Odpowiedź na nurtujące Cię pytanie, poznasz w następnych częściach.

Ano, Malia to zołza, która zrobi wszystko, by dojść do celu, ale ma w gruncie rzeczy dobre serducho, tylko, że ino dla Amare x>
A teraz, moja droga, ja Cię pomęczę.
Odpowiedź na nurtujące Cię pytanie, poznasz w następnych częściach.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Hmm.. Wyczuwam chęć odegrania się. XD No cóż, czekam. ^^
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Rozdział IV
Niespodziewana pomoc
Nad Lwią Ziemią powoli nastawał świt. Senne resztki szarej mgły osuwały się w niepamięć, tknięte promieniami ospałego słońca, leniwie wychylającego się coraz to bardziej znad horyzontu. W bladym świetle jego niegdyś złotych refleksów, można było dostrzec niewielką grupkę lwic, którymi przewodziła samica o ciemnym, nieco zakurzonym futrze, dawna królowa tych ziem, Sarabi. Drapieżniki, jak co dzień, szły na długo godzinne polowanie. Odkąd zwierzyna łowna opuściła niemal całkowicie królestwo, musiały szukać pożywienia na odległych od swej ojczyzny terenach. Nie było to dla nich komfortowe ani tym bardziej przyjemne, ale wszystkie wiedziały, że opcja ta jest kryterium łagodniejszym, aniżeli niewykonanie polecenia króla Skazy i skazanie siebie na jego gniew. Potężne łapy uderzały niedbale o spragnioną wody, popękaną ziemię. Raz po raz dało się słyszeć trzaski suchej trawy, ginącej pod ciężkimi łapami myśliwych.
- Łapy mnie już bolą - jęknęła któraś z jaśniejszych samic.
- Następnym razem wyślemy te wstrętne kundle na polowanie - wtórowała lwicy jej towarzyszka.
- Uspokójcie się natychmiast i oszczędzajcie siły na pogoń za zwierzyną - odparła niemal srogo Sarafina. - Narzekania nie poprawią naszego losu.
Dalsza część wędrówki upłynęła pod znakiem ciszy i niecenzuralnych myśli.
Tymczasem do wnętrza niewielkiej jaskini przedarły się smugi szarego światła, oświetlając, jak gdyby zanieczyszczonym światłem, sylwetkę śpiącej, wychudzonej lwicy. Na zaścielonej bladym blaskiem ścianie zaigrał naraz jakiś złowróżbny cień, a zaraz za nim dwa mniejsze. Myszata nie przeczuwała możliwego niebezpieczeństwa i dalej zatapiała smutki w kojącym śnie. Tymczasem rosłe, potężne szczęki zbliżyły się do jej głowy i rozwarły się, jak jakieś wielkie wrota, ukazując rząd ostrych, jak igły kłów.
- Ej, ty, obudź się - zaświszczał czyjś nieco ochrypły głos do lwiego ucha. W międzyczasie coś szarpnęło złotooką za ogon.
Malia rozwarła powieki. Ujrzała postać dobrze zbudowanej samicy hieny, pochylającej nad nią swój kosmaty łeb i bezczelnie wpatrującej się w jej oczy.
- Wynoś się stąd, kundlu!- warknęła samica, lecz w tej samej chwili znów poczuła niebolesne szarpnięcie z tyłu. Obejrzała się za siebie. To dwa szczeniaki, najpewniej tej hieny, bawiły się, wesoło podgryzając jej ogon i tylne kończyny.
- Kto by pomyślał! Malia, kochanica króla Skazy. Jak dobrze cię znów widzieć - hiena zaśmiała się, jak to w zwyczaju mają właśnie hieny.
- Precz! - powtórzyła ostrzej szara, podnosząc się na przednich łapach, wystawiając tym samym małego Hostisa na widok publiczny.
- Na twoim miejscu odzywałabym się w mniej prostacki sposób, ślicznotko - ozwała się psowata, szczerząc groźnie kły - Mam dla ciebie pewną korzystną propozycję. Jeśli nie chcesz, by twoje, i tak ledwo zipiące młode przeżyło, radzę na nią przystać.
Słysząc, że psia matka wspomniała o możliwości ratunku Amare, Malia uspokoiła się.
- Kontynuuj.
- Och, czy nie można było tak od razu? Oszczędziłoby to nam początkowych nerwów, a dla nas, matek, są one przecież bardzo niepożądane, szczególnie w okresie karmienia młodych.
Ponaglający wzrok większego drapieżnika skłonił Haitę, bo tak ów hiena miała na imię, do zostawienia na później irytujących dopowiedzeń, a przejścia do konkretów.
- Jesteś wygłodzona i ledwo podtrzymujesz się przy życiu. Nie łudź się, że w tym stanie zdołasz utrzymać swe dziecko wśród żywych- spostrzegła słusznie Haita, rozpoczynając w ten sposób wstęp do swojej wypowiedzi. - Ja również ostatnio nie mam za bardzo, co jeść, przez te durne lwice, które w nieumiejętny sposób prowadzą swoje polowania, a sama przecież nie mogę iść na łowy, sama rozumiesz czemu.
- Ale przecież twoi...
- Moi pobratymcy są skrajnie nieodpowiedzialni. Żaden z nich nie nadawałby się na opiekuna moich szczeniąt. Zgubiliby je po paru minutach zajmowania się nimi, a mi zależy na tym, żeby nie padły one łupem jakiejś żądnej zemsty lwicy.
Malia kiwnęła niepewnie łbem, na co Haita westchnęła ciężko i zaczęła mówić dalej.
- Postanowiłam poszukać jakiejś dobrej kryjówki dla mych malców na czas polowań. Kiedy wpadła mi w oko ta jaskinia, pomyślałam sobie, że spełniłaby się idealnie w roli schronu. Jednak traf chciał, że spotkałam w niej ciebie, a kto wie, czy to nie lepiej? Słyszałam, ze lwice są wspaniałymi matkami i...
- Co sugerujesz?
- Sugeruję, żebyś zajmowała się na czas mojej nieobecności moimi maleństwami, a ja w zamian będę karmić twoje szczenię i przynosić ci jakieś niewielkie dawki pożywienia, do czasu, aż nieco wydobrzejesz. Wtedy będziemy chodzić na łowy na zmianę. To chyba korzystny układ, prawda? Oczywiście gwarantuję dyskrecję.
Błyszczące ślepia hieny wwiercały się uparcie w łeb lwicy, chcąc jakby dostać się do jej myśli. Myszatą to bardzo zirytowało, a na dowód swego niezadowolenia, na jej pysku odmalował się zgryźliwy grymas.
- Tak, to korzystna oferta - rzekła po krótkim namyśle. - Przynajmniej na razie.
Pozytywna odpowiedź lwicy nie wywołała na hienim pysku jakichś specjalnych emocji. Można było poczuć wrażenie, jakoby Haita od początku znała treść wypowiedzianej przezeń formuły.
- W takim razie, nie traćmy czasu. Wrócę niedługo - oznajmił nakrapiany drapieżnik, po czym prędko odwrócił się i w pośpiechu wybiegł z wnętrza, jakby bojąc się, że samica naraz rozmyśli się i zmieni zdanie.
A Malia, leżała teraz na zapadłym brzuchu, kątem oka obserwując wspólną zabawę dwóch szczeniąt, którym widocznie znudziło się dokuczanie jej ogonowi, bo w tej chwili turlały się w wzajemnym uścisku po zimnej powierzchni groty.
- Wszystko to robię dla ciebie, mój Amare - szepnęła cicho, dotykając czule językiem malutkiej główki synka, który po tym geście otworzył jedno z zielonych ocząt. Powędrowało ono automatycznie w stronę zajętych wzajemną niby-walką młodych padlinożerców.
Do dwójki wyklętej z lwiego społeczeństwa, po raz kolejny uśmiechnął się los.
Niespodziewana pomoc
Nad Lwią Ziemią powoli nastawał świt. Senne resztki szarej mgły osuwały się w niepamięć, tknięte promieniami ospałego słońca, leniwie wychylającego się coraz to bardziej znad horyzontu. W bladym świetle jego niegdyś złotych refleksów, można było dostrzec niewielką grupkę lwic, którymi przewodziła samica o ciemnym, nieco zakurzonym futrze, dawna królowa tych ziem, Sarabi. Drapieżniki, jak co dzień, szły na długo godzinne polowanie. Odkąd zwierzyna łowna opuściła niemal całkowicie królestwo, musiały szukać pożywienia na odległych od swej ojczyzny terenach. Nie było to dla nich komfortowe ani tym bardziej przyjemne, ale wszystkie wiedziały, że opcja ta jest kryterium łagodniejszym, aniżeli niewykonanie polecenia króla Skazy i skazanie siebie na jego gniew. Potężne łapy uderzały niedbale o spragnioną wody, popękaną ziemię. Raz po raz dało się słyszeć trzaski suchej trawy, ginącej pod ciężkimi łapami myśliwych.
- Łapy mnie już bolą - jęknęła któraś z jaśniejszych samic.
- Następnym razem wyślemy te wstrętne kundle na polowanie - wtórowała lwicy jej towarzyszka.
- Uspokójcie się natychmiast i oszczędzajcie siły na pogoń za zwierzyną - odparła niemal srogo Sarafina. - Narzekania nie poprawią naszego losu.
Dalsza część wędrówki upłynęła pod znakiem ciszy i niecenzuralnych myśli.
Tymczasem do wnętrza niewielkiej jaskini przedarły się smugi szarego światła, oświetlając, jak gdyby zanieczyszczonym światłem, sylwetkę śpiącej, wychudzonej lwicy. Na zaścielonej bladym blaskiem ścianie zaigrał naraz jakiś złowróżbny cień, a zaraz za nim dwa mniejsze. Myszata nie przeczuwała możliwego niebezpieczeństwa i dalej zatapiała smutki w kojącym śnie. Tymczasem rosłe, potężne szczęki zbliżyły się do jej głowy i rozwarły się, jak jakieś wielkie wrota, ukazując rząd ostrych, jak igły kłów.
- Ej, ty, obudź się - zaświszczał czyjś nieco ochrypły głos do lwiego ucha. W międzyczasie coś szarpnęło złotooką za ogon.
Malia rozwarła powieki. Ujrzała postać dobrze zbudowanej samicy hieny, pochylającej nad nią swój kosmaty łeb i bezczelnie wpatrującej się w jej oczy.
- Wynoś się stąd, kundlu!- warknęła samica, lecz w tej samej chwili znów poczuła niebolesne szarpnięcie z tyłu. Obejrzała się za siebie. To dwa szczeniaki, najpewniej tej hieny, bawiły się, wesoło podgryzając jej ogon i tylne kończyny.
- Kto by pomyślał! Malia, kochanica króla Skazy. Jak dobrze cię znów widzieć - hiena zaśmiała się, jak to w zwyczaju mają właśnie hieny.
- Precz! - powtórzyła ostrzej szara, podnosząc się na przednich łapach, wystawiając tym samym małego Hostisa na widok publiczny.
- Na twoim miejscu odzywałabym się w mniej prostacki sposób, ślicznotko - ozwała się psowata, szczerząc groźnie kły - Mam dla ciebie pewną korzystną propozycję. Jeśli nie chcesz, by twoje, i tak ledwo zipiące młode przeżyło, radzę na nią przystać.
Słysząc, że psia matka wspomniała o możliwości ratunku Amare, Malia uspokoiła się.
- Kontynuuj.
- Och, czy nie można było tak od razu? Oszczędziłoby to nam początkowych nerwów, a dla nas, matek, są one przecież bardzo niepożądane, szczególnie w okresie karmienia młodych.
Ponaglający wzrok większego drapieżnika skłonił Haitę, bo tak ów hiena miała na imię, do zostawienia na później irytujących dopowiedzeń, a przejścia do konkretów.
- Jesteś wygłodzona i ledwo podtrzymujesz się przy życiu. Nie łudź się, że w tym stanie zdołasz utrzymać swe dziecko wśród żywych- spostrzegła słusznie Haita, rozpoczynając w ten sposób wstęp do swojej wypowiedzi. - Ja również ostatnio nie mam za bardzo, co jeść, przez te durne lwice, które w nieumiejętny sposób prowadzą swoje polowania, a sama przecież nie mogę iść na łowy, sama rozumiesz czemu.
- Ale przecież twoi...
- Moi pobratymcy są skrajnie nieodpowiedzialni. Żaden z nich nie nadawałby się na opiekuna moich szczeniąt. Zgubiliby je po paru minutach zajmowania się nimi, a mi zależy na tym, żeby nie padły one łupem jakiejś żądnej zemsty lwicy.
Malia kiwnęła niepewnie łbem, na co Haita westchnęła ciężko i zaczęła mówić dalej.
- Postanowiłam poszukać jakiejś dobrej kryjówki dla mych malców na czas polowań. Kiedy wpadła mi w oko ta jaskinia, pomyślałam sobie, że spełniłaby się idealnie w roli schronu. Jednak traf chciał, że spotkałam w niej ciebie, a kto wie, czy to nie lepiej? Słyszałam, ze lwice są wspaniałymi matkami i...
- Co sugerujesz?
- Sugeruję, żebyś zajmowała się na czas mojej nieobecności moimi maleństwami, a ja w zamian będę karmić twoje szczenię i przynosić ci jakieś niewielkie dawki pożywienia, do czasu, aż nieco wydobrzejesz. Wtedy będziemy chodzić na łowy na zmianę. To chyba korzystny układ, prawda? Oczywiście gwarantuję dyskrecję.
Błyszczące ślepia hieny wwiercały się uparcie w łeb lwicy, chcąc jakby dostać się do jej myśli. Myszatą to bardzo zirytowało, a na dowód swego niezadowolenia, na jej pysku odmalował się zgryźliwy grymas.
- Tak, to korzystna oferta - rzekła po krótkim namyśle. - Przynajmniej na razie.
Pozytywna odpowiedź lwicy nie wywołała na hienim pysku jakichś specjalnych emocji. Można było poczuć wrażenie, jakoby Haita od początku znała treść wypowiedzianej przezeń formuły.
- W takim razie, nie traćmy czasu. Wrócę niedługo - oznajmił nakrapiany drapieżnik, po czym prędko odwrócił się i w pośpiechu wybiegł z wnętrza, jakby bojąc się, że samica naraz rozmyśli się i zmieni zdanie.
A Malia, leżała teraz na zapadłym brzuchu, kątem oka obserwując wspólną zabawę dwóch szczeniąt, którym widocznie znudziło się dokuczanie jej ogonowi, bo w tej chwili turlały się w wzajemnym uścisku po zimnej powierzchni groty.
- Wszystko to robię dla ciebie, mój Amare - szepnęła cicho, dotykając czule językiem malutkiej główki synka, który po tym geście otworzył jedno z zielonych ocząt. Powędrowało ono automatycznie w stronę zajętych wzajemną niby-walką młodych padlinożerców.
Do dwójki wyklętej z lwiego społeczeństwa, po raz kolejny uśmiechnął się los.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
No ładnie, ładnie. Widać, że Malia wszędzie wietrzy okazję, by Amare mógł przeżyć.
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Rozdział V
Czas płynie szybko
Śmierć…
Indywidualistka - przychodzi, kiedy jej się żywnie podoba.
Śmierć…
Nie szczędzi ni starych, ni młodych.
Śmierć…
Nikt się przed nią nie uchroni.
Śmierć…
Króla równa z biedakiem.
Śmierć…
Mówią, że jest bezlitosna. Dlaczego więc mnie okazała łaskę?
Czas jest doprawdy istotą przedziwną, o nieposkromionej naturze. Pędzi przed siebie nieubłaganie szalonym pędem, nigdy nie oglądając się za siebie. Na nic żywym ich stanowcze protesty i żałosne zawodzenia. On nie zwraca na nic uwagi. Szkoda czasu. Ktoś się rodzi, ktoś umiera, czas jednak nigdy się nie starzeje. Jest wieczny.
Kolejny dzień powitał mieszkańców Lwiej Ziemi złotymi promieniami jasnego słońca, wyłaniającego się mozolnie znad horyzontu. Mimo wczesnej pory, w powietrzu dało się wyczuć zwiastun nadchodzącej stopniowo fali gorąca. Deszcz nie padał tutaj już od kilku miesięcy. Susza spowodowała istny pogrom wśród tutejszej flory. Trawa i liście drzew stały się żółte i suche, nieapetyczne dla miejscowych roślinożerców, których tłumne stada opuszczały powoli granice Lwiej Ziemi. Zwierzętom doskwierał srodze także coraz mniejszy zapas wody, której z dnia na dzień ubywało z niegdyś obfitych w nią zbiorników. Każde żywe stworzenie z nostalgią oczekiwało widoku chmur burzowych, zwiastujących opad życiodajnej cieczy, ale tych jednak, jak na złość nie było widać.
- Źle widzę naszą przyszłość, Sarabi - orzekła z powagą kremowa lwica, usadowiwszy się wygodnie obok ciemniejszej towarzyszki. - Cierpimy na spory niedostatek zwierzyny łownej, a kolejne dni nie zapowiadają się zbyt optymistycznie. Wszystko wskazuje na to, że będziemy zmuszone wyruszać na polowania daleko poza terytorium naszych ziem.
Zielonooka samica utkwiła zmartwiony wzrok w swej przyjaciółce, obserwując w milczeniu jej reakcję.
- Mamy poważniejszy problem niż zwierzyna, Sarafino - odparła smętnie tamta, przymykając z wolna ciemne powieki. - Nasze rzeki niemal zupełnie wyschły, pozostały po nich już tylko smutne wspomnienia. W wodopoju również niebawem zabraknie wody.
Przez chwilę obydwie lwice trwały w niczym niezmąconej ciszy, rozważając w swoich sercach nieciekawą sytuację swej ojczyzny. Jako pierwsza odezwała się Sarafina.
- To wszystko wina rządów Skazy! To przez niego Lwia Ziemia obraca się w ruinę! - oznajmiła donośnie zielonooka, a jej głos wręcz pęczniał od wzburzenia i gniewu.
Sarabi zaskoczyły odważne słowa samicy, ale nie dała tego po sobie zanadto poznać. Jako była królowa umiała poskramiać swoje emocje wtedy, kiedy było to konieczne.
- Spokojnie, Sarafino. Nie tak głośno - powiedziała ze stoickim spokojem ciemniejsza, wskazując po kryjomu łbem na grupkę idących niedaleko hien. - To nie wina Skazy, że mamy okres pory suchej. Nie oskarżaj go proszę o rzeczy, na które nikt nie ma wpływu.
Sarabi mówiła w sposób opanowany i dobitny.
- Bronisz go? - jasna lwica wprost nie mogła ukryć zdumienia, wywołanego słowami towarzyszki. W przeciwieństwie do niej, nie umiała tak dobrze maskować swych uczuć.
Była monarchini westchnęła ciężko.
- On nie jest winien suszy - podkreśliła raz jeszcze, spuściwszy łeb ku dołowi.
- Ale przez swoje nieudolne rządy rujnuje nasz kraj! Ta tragiczna sytuacja nigdy nie miałaby miejsca, gdyby władzę nadal sprawował Mu...
- Wiem - przerwała jej zdecydowanie druga samica.
W tym momencie właśnie dotarło do Sarafiny to, że posunęła się za daleko.
- Sarabi... Wybacz mi. - odparła ze szczerą skruchą w głosie - Poniosło mnie.
- Nie mam czego ci wybaczać, moja droga - brązowooka uśmiechnęła się blado, spoglądając w zielone oczy kremowej. - Masz rację. Za panowania Mufasy taka sytuacja byłaby tylko złym koszmarem sennym. Pozostaje nam tylko nadzieja, że przodkowie zlitują się nad nami i w końcu spanie deszcz. Bądźmy tylko wytrwałe.
Dalszą konwersację lwic przerwał szorstki głos, dobiegający z tyłu.
- Zamiast urządzać sobie pogadanki, wzięłybyście się za robotę! Jesteśmy głodne! No, ruchy, ruchy!
Samice jednocześnie obróciły swoje łby za siebie. Za nimi stały trzy hieny, mierząc je nienawistnym spojrzeniem, pełnym wzgardy i groźności. Sarafinę wręcz świerzbił język, by odpowiedzieć dobitnie, co sądzi i gdzie ma ten hieni głód, ale powstrzymał ją od tego zamiaru surowy wzrok Sarabi. Była władczyni i jej przyjaciółka bez słowa wstały i z królewską godnością ruszyły w kierunku miejsca, gdzie zazwyczaj zbierały się lwice, idąc na polowanie. Psowate pożegnały je szyderczymi śmiechami, ale i to spotkało się z kompletnym brakiem reakcji.
- Następnym razem poczują moje pazury na swoich gardłach - warknęła zielonooka, gniewnie prychając.
- Tylko cierpliwość i spokój nas ocalą, Sarafino. Pamiętaj o tym - pouczyła przyjaciółkę Sarabi.
Niedługo potem niewielka grupka lwic wyruszyła w głąb sawanny na swoje poranne polowanie.
***
Młody Amare Hostis z obojętnością wymalowaną na pysku, maszerował dziarskim krokiem przed siebie. Nareszcie udało mu się wydostać z tej przeklętej jaskini. Co prawda, zbiegł z niej, wykorzystując zmęczenie matki i jej szybkie zapadnięcie w sen po przebytym polowaniu, ale przecież nigdy nie był posłusznym i grzecznym dzieckiem. Nie był i nie będzie. To było pewne. Właściwie nie rozumiał matczynej troski. Szczególnie irytowały go liczne zakazy, a już najbardziej ten, że nie mógł swobodnie opuszczać groty i udać się na penetrację terenów, bo matka prawiła mu od razu jakieś kazania o niebezpieczeństwach świata tego. Ale przecież nasz bohater nie był tchórzem. Strach? To słowo zostało brutalnie wydarte z jego słownika. On szydził sobie z niebezpieczeństwa i śmiał się ryzyku prosto w twarz. Poza tym, co mogło mu tu grozić? Hieny? Phi! Poradziłby sobie z nimi raz, dwa. Psowate nie stanowiły dla niego żadnego problemu, tak przynajmniej twierdził Amare. A inne lwy? Mają ciekawsze zajęcia od uganiania się za lwiątkami. Co jeszcze mogło mu grozić w tej zakurzonej krainie? Hostis uznał, że musi to jak najszybciej uzmysłowić swojej rodzicielce, a jeśli to nie pomoże, to zawsze pozostaje koncepcja ucieczki, czyż nie? Nieoczekiwanie, mały lew porzucił swoje rozmyślania. Przyczyna tego odpoczywała teraz w skąpym cieniu skarłowaciałej akacji i na imię jej było Nala.
Czas płynie szybko
Śmierć…
Indywidualistka - przychodzi, kiedy jej się żywnie podoba.
Śmierć…
Nie szczędzi ni starych, ni młodych.
Śmierć…
Nikt się przed nią nie uchroni.
Śmierć…
Króla równa z biedakiem.
Śmierć…
Mówią, że jest bezlitosna. Dlaczego więc mnie okazała łaskę?
Czas jest doprawdy istotą przedziwną, o nieposkromionej naturze. Pędzi przed siebie nieubłaganie szalonym pędem, nigdy nie oglądając się za siebie. Na nic żywym ich stanowcze protesty i żałosne zawodzenia. On nie zwraca na nic uwagi. Szkoda czasu. Ktoś się rodzi, ktoś umiera, czas jednak nigdy się nie starzeje. Jest wieczny.
Kolejny dzień powitał mieszkańców Lwiej Ziemi złotymi promieniami jasnego słońca, wyłaniającego się mozolnie znad horyzontu. Mimo wczesnej pory, w powietrzu dało się wyczuć zwiastun nadchodzącej stopniowo fali gorąca. Deszcz nie padał tutaj już od kilku miesięcy. Susza spowodowała istny pogrom wśród tutejszej flory. Trawa i liście drzew stały się żółte i suche, nieapetyczne dla miejscowych roślinożerców, których tłumne stada opuszczały powoli granice Lwiej Ziemi. Zwierzętom doskwierał srodze także coraz mniejszy zapas wody, której z dnia na dzień ubywało z niegdyś obfitych w nią zbiorników. Każde żywe stworzenie z nostalgią oczekiwało widoku chmur burzowych, zwiastujących opad życiodajnej cieczy, ale tych jednak, jak na złość nie było widać.
- Źle widzę naszą przyszłość, Sarabi - orzekła z powagą kremowa lwica, usadowiwszy się wygodnie obok ciemniejszej towarzyszki. - Cierpimy na spory niedostatek zwierzyny łownej, a kolejne dni nie zapowiadają się zbyt optymistycznie. Wszystko wskazuje na to, że będziemy zmuszone wyruszać na polowania daleko poza terytorium naszych ziem.
Zielonooka samica utkwiła zmartwiony wzrok w swej przyjaciółce, obserwując w milczeniu jej reakcję.
- Mamy poważniejszy problem niż zwierzyna, Sarafino - odparła smętnie tamta, przymykając z wolna ciemne powieki. - Nasze rzeki niemal zupełnie wyschły, pozostały po nich już tylko smutne wspomnienia. W wodopoju również niebawem zabraknie wody.
Przez chwilę obydwie lwice trwały w niczym niezmąconej ciszy, rozważając w swoich sercach nieciekawą sytuację swej ojczyzny. Jako pierwsza odezwała się Sarafina.
- To wszystko wina rządów Skazy! To przez niego Lwia Ziemia obraca się w ruinę! - oznajmiła donośnie zielonooka, a jej głos wręcz pęczniał od wzburzenia i gniewu.
Sarabi zaskoczyły odważne słowa samicy, ale nie dała tego po sobie zanadto poznać. Jako była królowa umiała poskramiać swoje emocje wtedy, kiedy było to konieczne.
- Spokojnie, Sarafino. Nie tak głośno - powiedziała ze stoickim spokojem ciemniejsza, wskazując po kryjomu łbem na grupkę idących niedaleko hien. - To nie wina Skazy, że mamy okres pory suchej. Nie oskarżaj go proszę o rzeczy, na które nikt nie ma wpływu.
Sarabi mówiła w sposób opanowany i dobitny.
- Bronisz go? - jasna lwica wprost nie mogła ukryć zdumienia, wywołanego słowami towarzyszki. W przeciwieństwie do niej, nie umiała tak dobrze maskować swych uczuć.
Była monarchini westchnęła ciężko.
- On nie jest winien suszy - podkreśliła raz jeszcze, spuściwszy łeb ku dołowi.
- Ale przez swoje nieudolne rządy rujnuje nasz kraj! Ta tragiczna sytuacja nigdy nie miałaby miejsca, gdyby władzę nadal sprawował Mu...
- Wiem - przerwała jej zdecydowanie druga samica.
W tym momencie właśnie dotarło do Sarafiny to, że posunęła się za daleko.
- Sarabi... Wybacz mi. - odparła ze szczerą skruchą w głosie - Poniosło mnie.
- Nie mam czego ci wybaczać, moja droga - brązowooka uśmiechnęła się blado, spoglądając w zielone oczy kremowej. - Masz rację. Za panowania Mufasy taka sytuacja byłaby tylko złym koszmarem sennym. Pozostaje nam tylko nadzieja, że przodkowie zlitują się nad nami i w końcu spanie deszcz. Bądźmy tylko wytrwałe.
Dalszą konwersację lwic przerwał szorstki głos, dobiegający z tyłu.
- Zamiast urządzać sobie pogadanki, wzięłybyście się za robotę! Jesteśmy głodne! No, ruchy, ruchy!
Samice jednocześnie obróciły swoje łby za siebie. Za nimi stały trzy hieny, mierząc je nienawistnym spojrzeniem, pełnym wzgardy i groźności. Sarafinę wręcz świerzbił język, by odpowiedzieć dobitnie, co sądzi i gdzie ma ten hieni głód, ale powstrzymał ją od tego zamiaru surowy wzrok Sarabi. Była władczyni i jej przyjaciółka bez słowa wstały i z królewską godnością ruszyły w kierunku miejsca, gdzie zazwyczaj zbierały się lwice, idąc na polowanie. Psowate pożegnały je szyderczymi śmiechami, ale i to spotkało się z kompletnym brakiem reakcji.
- Następnym razem poczują moje pazury na swoich gardłach - warknęła zielonooka, gniewnie prychając.
- Tylko cierpliwość i spokój nas ocalą, Sarafino. Pamiętaj o tym - pouczyła przyjaciółkę Sarabi.
Niedługo potem niewielka grupka lwic wyruszyła w głąb sawanny na swoje poranne polowanie.
***
Młody Amare Hostis z obojętnością wymalowaną na pysku, maszerował dziarskim krokiem przed siebie. Nareszcie udało mu się wydostać z tej przeklętej jaskini. Co prawda, zbiegł z niej, wykorzystując zmęczenie matki i jej szybkie zapadnięcie w sen po przebytym polowaniu, ale przecież nigdy nie był posłusznym i grzecznym dzieckiem. Nie był i nie będzie. To było pewne. Właściwie nie rozumiał matczynej troski. Szczególnie irytowały go liczne zakazy, a już najbardziej ten, że nie mógł swobodnie opuszczać groty i udać się na penetrację terenów, bo matka prawiła mu od razu jakieś kazania o niebezpieczeństwach świata tego. Ale przecież nasz bohater nie był tchórzem. Strach? To słowo zostało brutalnie wydarte z jego słownika. On szydził sobie z niebezpieczeństwa i śmiał się ryzyku prosto w twarz. Poza tym, co mogło mu tu grozić? Hieny? Phi! Poradziłby sobie z nimi raz, dwa. Psowate nie stanowiły dla niego żadnego problemu, tak przynajmniej twierdził Amare. A inne lwy? Mają ciekawsze zajęcia od uganiania się za lwiątkami. Co jeszcze mogło mu grozić w tej zakurzonej krainie? Hostis uznał, że musi to jak najszybciej uzmysłowić swojej rodzicielce, a jeśli to nie pomoże, to zawsze pozostaje koncepcja ucieczki, czyż nie? Nieoczekiwanie, mały lew porzucił swoje rozmyślania. Przyczyna tego odpoczywała teraz w skąpym cieniu skarłowaciałej akacji i na imię jej było Nala.
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Lazio chce jeszcze
twoje opowiadanie jest przewyborne Shav :3
twoje opowiadanie jest przewyborne Shav :3avek by Laura-comics
ex favilla patria sacra
ex favilla patria sacra
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Rozdział VI
Sen mordercy jest niespokojny
Smukły, zielonooki lew leżał wygodnie na kamiennej posadzce wewnątrz Lwiej Skały, jak to miał zresztą zawsze w zwyczaju po zachodzie słońca. Naokoło niego walały się wszędzie pobielałe kości jakiegoś roślinożercy - pozostałości po kolacji króla. Skaza nie zwracał na nie żadnej uwagi. Niewidzącym wzrokiem patrzył na zewnątrz, pogrążony we własnych rozmyślaniach. Sarabi po dzisiejszym wyczerpującym polowaniu oświadczyła mu, że zwierzyny łownej ubywa w zastraszającym tempie.
- Wszystko wskazuje na to, że już za niedługo nie będzie na co polować. - rzekła ze zwykłym sobie opanowaniem brązowooka, wpatrując się ponuro w oblicze monarchy.
Nie przejął się tym. Odpowiedział wyniośle, że to jej problem, nie jego.
- To lwice są odpowiedzialne za dostarczanie stadu pożywienia, a jeśli go zabraknie, to ich powinnością jest szukać go, aż znajdą, choćby i na krańcu świata.
Patrzył z dziką satysfakcją w ślepiach, jak Sarabi nie odezwawszy się, z ponurą miną odchodzi w kierunku swoich towarzyszek. Czy ona sądziła, że to przez niego roślinożercy opuszczają Lwią Ziemię?
- Tak, to twoja wina, Skazo. - grobową ciszę przerwał czyjś potężny, oskarżycielski baryton.
Skaza poderwał się gwałtownie w górę, wprawiając w ruch kilka najbliżej niego spoczywających kości, które potoczyły się po kamiennej posadzce z charakterystycznym złowieszczym chrzęstem.
- Mufasa? - ciało brązowego lwa przeszły nieprzyjemne dreszcze, ogon wtulił się pomiędzy zadnie łapy, zaś jadowicie zielone ślepia z lękiem wpatrywały się w umięśnioną sylwetkę rudogrzywego samca, stojącego teraz tuż przy skalnym wzniesieniu. - To niemożliwe! Ty zginąłeś! - krzyknął z trwogą, a sploty jego czarnej grzywy zafalowały niespokojnie. A jeśli jednak jego starszy brat zdołał przeżyć upadek? Za sprawą tej myśli, Skaza cofnął się odruchowo o kilka sporych kroków.
- Zginąłem. - potwierdził masywniejszy z lwów, chcąc tym samym jakby uspokoić krewniaka.
Zginął. Nie żyje. Te słowa przyniosły niejaką ulgę ciemnogrzywemu, jednak z krótkotrwałym skutkiem. Skaza uważniej przyjrzał się swemu bratu i strach zabrał go w swe sploty na nowo. Oczy Mufasy nie posiadały ani źrenic, ani tęczówek. Były w całości barwy złota. Jego ciało było na wpół przeźroczyste, co na pierwszy rzut oka trudno było dostrzec. Promieniowało też słabym, niemalże niewidocznym blaskiem. Duch. Widmo. Zmora. Coś ścisnęło Skazę za gardło. On na pewno przybył się zemścić!
- Zabiłeś mnie, bracie. - ozwała się w końcu widmowa postać Mufasy. Jego ton nie był gniewny. Dominował w nim smutek. - Jednak nie tylko mnie z tej rodziny masz na sumieniu, mam rację? Przede mną był jeszcze ktoś...
Obecny król Lwiej Skały wzdrygnął się na te słowa.
- Ahadi... - wysyczał przez zęby Skaza, przypominając sobie widok bezwładnie leżącego, pokiereszowanego ze wszystkich stron ciała ojca. W zielonookim coś pękło.- Ten stary dureń sam sobie na to zasłużył! Podobnie jak ty! Nienawidzę was z całego serca! Zabraliście mi władzę! Władzę, której od dziecka pragnąłem i która mi się od zawsze należała!
- Uczciwie wygrałem z tobą w pojedynku. - wtrącił spokojnie duch.
- Wracaj do zaświatów i daj mi święty spokój! - ryknął gniewnie Skaza.
- Już nigdy go nie zaznasz.
- Precz!
Duch spojrzał na niego swoimi niewidzącymi oczyma.
- Już niedługo zgubi cię twoja żądza władzy, Skazo, żądza władzy i perfidne kłamstwa.
Powiedziawszy to, widmo natychmiast rozpłynęło się w powietrzu.
- Nienawidzę cię, Mufaso! - ociekające wściekłością słowa rozeszły się głuchym echem po całej jaskini.
Skaza obudził się zdyszany i w całości zalany potem. Trwożnie rozglądnął się po wnętrzu jaskini, lecz nie stwierdził obecności żadnego ducha. Z ulgą przyznał, że to był tylko kolejny z tych głupich snów, które nawiedzają go już od pewnego czasu. Samiec wstał i z pośpiechem skierował swe kroki ku wylotowi groty. Było bezchmurne przedpołudnie. Gorąc wręcz lał się z nieba strumieniami. Hieny leżały w cieniu skał, głośno sapiąc z przejmującego skwaru. Lwice odpoczywały nieco dalej od nich. Władca wdychał nozdrzami gorące powietrze, stojąc na czubku Lwiej Skały i obserwując z dumą terytorium swego królestwa.
- Mylisz się, Mufaso.- mruknął sam do siebie - Lwia Ziemia należy do mnie. Już zawsze będzie.
Sen mordercy jest niespokojny
Smukły, zielonooki lew leżał wygodnie na kamiennej posadzce wewnątrz Lwiej Skały, jak to miał zresztą zawsze w zwyczaju po zachodzie słońca. Naokoło niego walały się wszędzie pobielałe kości jakiegoś roślinożercy - pozostałości po kolacji króla. Skaza nie zwracał na nie żadnej uwagi. Niewidzącym wzrokiem patrzył na zewnątrz, pogrążony we własnych rozmyślaniach. Sarabi po dzisiejszym wyczerpującym polowaniu oświadczyła mu, że zwierzyny łownej ubywa w zastraszającym tempie.
- Wszystko wskazuje na to, że już za niedługo nie będzie na co polować. - rzekła ze zwykłym sobie opanowaniem brązowooka, wpatrując się ponuro w oblicze monarchy.
Nie przejął się tym. Odpowiedział wyniośle, że to jej problem, nie jego.
- To lwice są odpowiedzialne za dostarczanie stadu pożywienia, a jeśli go zabraknie, to ich powinnością jest szukać go, aż znajdą, choćby i na krańcu świata.
Patrzył z dziką satysfakcją w ślepiach, jak Sarabi nie odezwawszy się, z ponurą miną odchodzi w kierunku swoich towarzyszek. Czy ona sądziła, że to przez niego roślinożercy opuszczają Lwią Ziemię?
- Tak, to twoja wina, Skazo. - grobową ciszę przerwał czyjś potężny, oskarżycielski baryton.
Skaza poderwał się gwałtownie w górę, wprawiając w ruch kilka najbliżej niego spoczywających kości, które potoczyły się po kamiennej posadzce z charakterystycznym złowieszczym chrzęstem.
- Mufasa? - ciało brązowego lwa przeszły nieprzyjemne dreszcze, ogon wtulił się pomiędzy zadnie łapy, zaś jadowicie zielone ślepia z lękiem wpatrywały się w umięśnioną sylwetkę rudogrzywego samca, stojącego teraz tuż przy skalnym wzniesieniu. - To niemożliwe! Ty zginąłeś! - krzyknął z trwogą, a sploty jego czarnej grzywy zafalowały niespokojnie. A jeśli jednak jego starszy brat zdołał przeżyć upadek? Za sprawą tej myśli, Skaza cofnął się odruchowo o kilka sporych kroków.
- Zginąłem. - potwierdził masywniejszy z lwów, chcąc tym samym jakby uspokoić krewniaka.
Zginął. Nie żyje. Te słowa przyniosły niejaką ulgę ciemnogrzywemu, jednak z krótkotrwałym skutkiem. Skaza uważniej przyjrzał się swemu bratu i strach zabrał go w swe sploty na nowo. Oczy Mufasy nie posiadały ani źrenic, ani tęczówek. Były w całości barwy złota. Jego ciało było na wpół przeźroczyste, co na pierwszy rzut oka trudno było dostrzec. Promieniowało też słabym, niemalże niewidocznym blaskiem. Duch. Widmo. Zmora. Coś ścisnęło Skazę za gardło. On na pewno przybył się zemścić!
- Zabiłeś mnie, bracie. - ozwała się w końcu widmowa postać Mufasy. Jego ton nie był gniewny. Dominował w nim smutek. - Jednak nie tylko mnie z tej rodziny masz na sumieniu, mam rację? Przede mną był jeszcze ktoś...
Obecny król Lwiej Skały wzdrygnął się na te słowa.
- Ahadi... - wysyczał przez zęby Skaza, przypominając sobie widok bezwładnie leżącego, pokiereszowanego ze wszystkich stron ciała ojca. W zielonookim coś pękło.- Ten stary dureń sam sobie na to zasłużył! Podobnie jak ty! Nienawidzę was z całego serca! Zabraliście mi władzę! Władzę, której od dziecka pragnąłem i która mi się od zawsze należała!
- Uczciwie wygrałem z tobą w pojedynku. - wtrącił spokojnie duch.
- Wracaj do zaświatów i daj mi święty spokój! - ryknął gniewnie Skaza.
- Już nigdy go nie zaznasz.
- Precz!
Duch spojrzał na niego swoimi niewidzącymi oczyma.
- Już niedługo zgubi cię twoja żądza władzy, Skazo, żądza władzy i perfidne kłamstwa.
Powiedziawszy to, widmo natychmiast rozpłynęło się w powietrzu.
- Nienawidzę cię, Mufaso! - ociekające wściekłością słowa rozeszły się głuchym echem po całej jaskini.
Skaza obudził się zdyszany i w całości zalany potem. Trwożnie rozglądnął się po wnętrzu jaskini, lecz nie stwierdził obecności żadnego ducha. Z ulgą przyznał, że to był tylko kolejny z tych głupich snów, które nawiedzają go już od pewnego czasu. Samiec wstał i z pośpiechem skierował swe kroki ku wylotowi groty. Było bezchmurne przedpołudnie. Gorąc wręcz lał się z nieba strumieniami. Hieny leżały w cieniu skał, głośno sapiąc z przejmującego skwaru. Lwice odpoczywały nieco dalej od nich. Władca wdychał nozdrzami gorące powietrze, stojąc na czubku Lwiej Skały i obserwując z dumą terytorium swego królestwa.
- Mylisz się, Mufaso.- mruknął sam do siebie - Lwia Ziemia należy do mnie. Już zawsze będzie.
Av i sygna:
Base: Savu0211 and whitetigerdelight
Kolor i postać: Moje
Multi Shav i Ombre

,,Dla sowieckiego żołnierza ucieczka z pola walki wymaga więcej odwagi niż stanięcie do niej!"
~J. Stalin
Base: Savu0211 and whitetigerdelight
Kolor i postać: Moje
Multi Shav i Ombre

,,Dla sowieckiego żołnierza ucieczka z pola walki wymaga więcej odwagi niż stanięcie do niej!"
~J. Stalin
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Rozdział został, z czego tu widzę wstawiony 22 lipca. Teraz mamy 26-stego. Można wiedzieć dlaczego jeszcze nikt nie dał komentarzu tej zarąbistej kontynucji zarąbistego opowiadania? Naprawdę ja muszę przychodzić i dopiero reagować? Shav chcę wiedzieć co dalej! A reszta niech się wstydzi i całuje Shavire po rączkach iż wstawia tu swój talent pisarski!


Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
Ależ ja, Korciu, nie mam do nikogo o to żalu
Jednakowoż radość niezmierna napełniła me mroczne serce, widząc Twą pochlebną, zawstydzającą mnie dogłębnie opinię :"D.
Niemniej, nie mają mnie za co całować. Te wypociny, to szkoda dla mózgu xD
Jednakowoż radość niezmierna napełniła me mroczne serce, widząc Twą pochlebną, zawstydzającą mnie dogłębnie opinię :"D.Niemniej, nie mają mnie za co całować. Te wypociny, to szkoda dla mózgu xD
Ciemna strona mocy jest potężna!
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Av:
lineart: by Savu0211 and whitetigerdelight
coloring: własny
sygnatura: By me
Multi: Hassira & Ombre
Re: Amare Hostis - wczesne początki Krwawego Cienia
O czym ty rozmawiasz Shavuchna ; o toż to godna wywyższenia spośród innych tekstów i opowiadań perła piśmienniczego kunsztu !
Zawszem podziwiał to jak piszesz nie tylko w opowiadaniach ale i na forum, a to opowiadanie zaiste jest arcygodnym, przewybornym, i zajezacnym !
Oczekuję kolejnych części tegoż tekstu jak i kolejnych opowieści ;3
Zawszem podziwiał to jak piszesz nie tylko w opowiadaniach ale i na forum, a to opowiadanie zaiste jest arcygodnym, przewybornym, i zajezacnym !
Oczekuję kolejnych części tegoż tekstu jak i kolejnych opowieści ;3
Multi Lazaretha :3
Avatar -
http://madkakerlaken.deviantart.com/
Dzięki ! :3
Gdzie siekiery?!
Wyruszam po Królestwo!
Będę szczery - zamierzam zostać bestią!
Może BOGIEM? Kto wie?
Tuż za rogiem królestwo czeka mnie.
Avatar -
http://madkakerlaken.deviantart.com/
Dzięki ! :3
Gdzie siekiery?!
Wyruszam po Królestwo!
Będę szczery - zamierzam zostać bestią!
Może BOGIEM? Kto wie?
Tuż za rogiem królestwo czeka mnie.
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 9 gości
